piątek, 25 grudnia 2009

bardzo tendencyjny wpis

czyli świąteczny, bo być musi z różnych często niezależnych od mamy przyczyn.
Czyli jest choinka

Nasza pierwsza żywa i z wyrzutami sumienia, że szkoda bo by sobie żyła. No i oczywiście tata twierdzi, że pewnie nie chciała by być tak ubrana. Chociaż ja uważam, że to akurat się jej podoba, bo pomimo swojej lekkiej krzywizny;-) jest ładnie ubrana.
Jest i stół wigilijny przystrojony przez firmę "mama katering" to akurat lubię:

/stołu akurat nie jest nam żal, ale przydałby się większy ;-)
No i jest najważniejsza Zuza i jej pierwsza gwiazdka i pierwszy mini rowerek, w ogóle dla niej wszystko jest pierwszy raz i cały czas żałuję, że człowiek nie pamięta, tego co pierwsze, bo wtedy wszyscy się tak pierwszy raz starają;-)

środa, 23 grudnia 2009

o niczym


właściwie to jest to wpis o niczym, bo o czym tu pisać w tak oczywistym czasie. Wszyscy biegają, kupują, szukają, szykują i ogólnie przygotowują się do....no właśnie do czego? A do świąt, a potem znowu będzie, że święta, święta i po świętach i, że znowu do pracy, i że się nie chce itd. Ogólnie cały czas to samo. No chyba, że jest się mamą po raz pierwszy to jest inaczej, bo oprócz siebie ma się jeszcze Opuncję, a w związku z tym nie wystarczy się ładnie ubrać na wigilię, trzeba jeszcze przemyśleć, co będzie ów Opuncja jadła przez te wszystkie dni, czy pieluch starczy, czy czopki są w razie czego, no i ogólnie więcej czasu poświęca się na przygotowanie Groszka niż siebie. Tak więc ogólnie zmian proporcji;-)Ale my tu nie o świętach tylko o niczym, czyli o sankach, które Zuza dostała od super ludzi o pseudonimie artystycznym Dywany;-)Sanki super, Zuza na sankach jeszcze lepiej tylko szkoda, że roztopy przyszły i przedwiośnie jakieś nie wiadomo skąd tak że sanki narazie na strychu, ale mam nadzieję, że niedługo.

wtorek, 15 grudnia 2009




Pamiętam jak mówiłam, że Zuzia nie będzie jeść czekolady. Że jej nie dam, nie poczuje jej cudownego, boskiego smaku, więc nie będzie tęsknić. A wszystko dlatego, że naczytałam się, iż Opuncje takie jak Zuza często mają skłonności do tycia, więc jako super troskliwa mama ( wtedy byłam mamą na poziomie zero, to znaczy tylko z brzuchem i z masą teorii na temat zespołu Opuncji) ochronię mojego Groszka przed czekoladą i tyciem. Jednak jak się okazało wystarczyło przejść na poziom pierwszy bycia mamą, czyli pobyć parę miesięcy już nie z z brzuchem, ale z tym, kto w nim mieszkał i okazuje się, że teoria jak to z teorią zwykle bywa jest dobra "w teorii". Szczerze mówiąc nie wiem kiedy i nie wiem skąd, ale nagle zobaczyłam mojego Pączka z czekoladą, którą gdzieś znalazła i jak widać zasmakowała jej bardzo. Swoim jednym do pół widocznym zębem zmasakrowała całą czekoladę, cała siebie i cały pokój. Było bosko! Już się nie mogę doczekać jak wszystkie architektonicznie czyste białe ściany będą zmieniać swoją postać, przybierać nowe barwy, ależ będzie kolorowo. A mama nie zareagowała, bo póki Pączek nie zbliża się z tą czekoladą do mamy książek to jest ok;-)A poza tym to mama ma w ogóle miękkie serce i śmiać jej się che zawsze w takich poważnych sytuacjach, dlatego też po dziś dzień wspomina te przegrane walki z Megi, dlatego, że zawsze się mama śmiała. A śmiech nie służy koncentracji;-) Ale jak tu się koncentrować jak taka mleczna czekolada rozpływa się na najszczęśliwszym na świecie Pączku. Odchudzaniem zajmiemy się potem, kiedyś...Bo są ważniejsze czekolady w życiu...

niedziela, 13 grudnia 2009

mama typu patriot



Ostatnimi czasy bardzo patriotyczna jest mama. W każdym filmie, który ogląda z tatą, czasami rozłożonym na kilka części, bo pada bardzo wcześnie,dopatruje się wątku miłości do ojczyzny lub wartości, które powodują, że dobrze jest byc tym, kim się jest. Nawet jeżeli czasami te wartości są dość ciężkie do zaakceptowania dla innych, ale zawsze maja jakiś sens. W ogóle to mama zawsze była bardzo patriotyczna. I tak właśnie w sobotę za sprawą zbliżających się świąt, a częściowo i taty, po raz kolejny przekonała się, że warto jest być tu, gdzie się jest. A inspiracja okazały się - pierogi. Otóż na specjalne życzenie taty przyszła do nas prywatna instruktorka, mistrzyni pierogów, babcia Stasia, która udzieliła nam, głównie tacie, darmowego kursu tworzenie pierogów. Okazało się, że jak na tatę artystę przystało, klejenie pierogów to sztuka, którą wykonał, jak oceniła babcia Stasia, bardzo dobrze, a nawet lepiej niż "jak na pierwszy raz". I tak przy tek okazji mama sobie pomyślała, że warto jest umieć robić pierogi, żeby mieć, co przekazywać dalej no i najważniejsze, żeby się spotykać w tyle pokoleń i opowiadać sobie o tym samym miejscu w różnych czasach. Tak więc "nie rzucim Ziemii skąd nasz ród".


piątek, 11 grudnia 2009

sigma i pi

Zatęskniłam już trochę za zimą i przyznam szczerze, że już się nie mogę doczekać nart. W tamtym roku o tej porze toczyłam się jak mały , albo duży jak kto woli, słoń lub raczej słonica i pamiętam, że śnieg już był, a ja na nartach nie mogłam jeździć. Spędzałam czas ze swoim brzuchem, Zuzą w środku ukryta i Szczepankiem. tak by the way, trzymaj się Szczepanku i pamiętaj, że męskość jest instynktowna, a instynktu ci nie wycięli;-)Wracając jednak do zimy. Stęskniłam się i nie mogę się odczekać, chociaż z drugiej strony nie wiem, jak przeżyje rozstanie z moim Pączkiem, którym nieustannie jestem zafascynowana. I dziś w obliczu tej fascynacji postanowiłam po raz pierwszy ubrać Zuzę w kombinezon. Przełamałam swoje obawy, że się zgrzeje, bo wbrew tendencji mam, że dziecku jest ciągle za zimno, mi się wydaje, że jest dziecku mojemu ciągle za ciepło. No ale jako, ze temperatura była dziś najniższa od momentu naszej jesenio-zimy, ubrałam Pączkowi kombinezon. I oto moim oczom ukazała się Sigma albo Pi, albo i jedno i drugie naraz. Ktokolwiek to był spodobał mi się i już zaczęłam wyobrażać sobie Opuncję na nartach;-) W tym względzie jest polemika z tatą, że to będzie deska, ale nie dam się i będą narty, bez dwóch zdań. Oto moje dzisiejsze odkrycie Sigma i Pi, specjalnie dla Państwa;-)

niedziela, 6 grudnia 2009

moja szanowna małżonka- Mikołajowa;-)


idąc za trendem przyspieszania świąt, poddałam się tej nowej świeckiej tradycji. nie powiem, że jestem z tego powodu dumna, no ale widać brak mi silnej woli i postawiłam Mikołaja dmuchanego, bo tego drugiego ciężko ostatnimi czasy zatrzymać, cały czas pędzi na wszystkie możliwe sposoby i zrobienie zdjęcia jest naprawdę ciężkie. Jednak w końcu po długich próbach i wsparciu udało nam się zatrzymać na sekundę mikołajową, tak że zdjęcie wyszło i mogę się pochwalić, że pierwszy raz przyszedł do mnie Mikołaj wraz ze swoją uroczą małżonką, żebym jak na feministkę przystało, nie myślała, że ów małżonka jest zamknięta w domu i biedna pakuje te prezenty, piecze te ciastka i karmi te renifery, bo Mikołaj chyba tego nie robi, inaczej nie byłby taki gruby;-)

wtorek, 1 grudnia 2009

co dwie to nie jedna



W krajach arabskich mężczyźni mają po kilka zon i do tej pory wydawało mi się, że brak w tym jakiejkolwiek logiki, ale zmieniałam zdanie. Powiem nawet więcej jestem w stanie stworzyć petycję, w której będę postulować o to, że w domu powinny być co najmniej dwie mamy;-) Zycie jest w tedy dużo łatwiejsze. My z Zuzą właśnie chwilowo miałyśmy taką "drugą" mamę i było super. Zarówno dla Zuzy jak i dla "starej" mamy. "Stara" mama miała bowiem więcej czasu i nawet zastanawiał się nad tym, co ubrać;-)a dziecko nie narzekało na brak atrakcji, bo co chwilę była inna mama tak, że się nie zdążyło nudzić ( ro dziecko oczywiście). No ale znów zostałyśmy same, no przynajmniej do wieczora, bo potem przyjdzie najukochańszy tata, który ma w sobie takie fluidy, że dziecko od razu się uspokaja;-)no i czekamy na kolejny przyjazd "drugiej" mamy, bo wtedy życie jest trochę łatwiejsze, bo tak normalnie jest tylko łatwe;-)a tendencja do ułatwiania sobie wszystkiego jest duża.

środa, 25 listopada 2009

pieskie życie....chwilowo mamy


Fenomen ludzkiego zycia polega na tym, że zawsze tęsknimy za tym, czego nie ma i na co trzeba czekać, albo w druga stronę za tym, co było i już się nie wróci, przynajmniej nie w identycznej postaci. Do tego to oto filozoficznego wniosku doszła mama parę dni temu, kiedy przypomniała sobie, jak bardzo chciała, żeby Zuza już siedziała, raczkowała, chodziła, bo wtedy byłoby łatwiej. To znaczy tak sobie wtedy myślała ta biedna mama. Bo to nadeszły te wyczekiwane czasy, kiedy Pączek siedzi, ba nawet raczkuje i chodzić che niezmiernie, a łatwiej nie ma, a wręcz przeciwnie znowu jest tak jak wszyscy mówili, czyli trudniej. Po pierwsze nie można spuścić wyżej wymienionej Opuncji na sekundę, bo bardzo ją interesuje wszystko to, co nie powinno oraz tęskni za mamą, gdy tylko na sekundę ( dosłownie) zniknie z pola widzenia. Ponadto stany skupienia pięciu minut skróciły się do minuty ( i to już sukces).A no i spać się Pączkowi też nie chce, a mamie i tacie jest jej żal, że z taką desperacją walczy o to, żeby wyjąć ją z łóżeczka, że niekonsekwentnie wyciągają ją i zapewniają dzikie atrakcje, pomimo tego, że sami padają, ale to się Zuzi szczególnie podoba, znaczy padanie i kaszlanie;-) I tak od paru dni Pączek chodzi spać w granicach 1 w nocy, ale doszukujemy się przyczyny również w tym, że o to wyczuła mama ząb i teraz już naprawdę słychać wyraźnie jak stuka o łyżeczkę, tak że jest zębowo i jest ciężko. Oczywiście są i dobre strony tej samodzielności, bo można Opuncję posadzić na podłodze i znieść wózek na przykład i jest nawet nadzieja, że nie będzie płakać, choć marna. Poza tym to Zuzia jest nadal bardzo grzecznym, a przede wszystkim mądrym dzieckiem i właśnie stąd wynika ta jej ciekawość, którą mama i tata będą zaspakajać. Tak więc Pączku don't worry tylko czasami, a może nawet częściej niż czasami idź spać o 20 jak grzeczne dzieci, no a szczególnie to już dziewczynki;-)

piątek, 20 listopada 2009

Mama+ tata+ dziecko


Mama, kiedy była młoda, bo mała jest nadal, chciała być poetką pracującą w sklepie mięsnym ( trochę dziwne proszę pani;-). Tata, chciał być małpką;-) i coś mu z tego zostało, chociaż ten artyzm w jego wykonaniu też jest całkiem w porządku, a dziecko narazie wykazuje zainteresowania pożeraniem mamy książek i innych papierów, uderzaniem w bębenek, stół, pudełko lub cokolwiek w co da się uderzać no i demonstrowaniem siły niczym kulturyści na wybiegu. Kim bezie jeszcze nie wiadomo, ale mama ma już kilka pomysłów;-)

niedziela, 15 listopada 2009

ptaki


Czasami można się zapatrzyć tak, że zapomina się o wszystkim. z tego słynie mama, tata i jak się okazuje także ich dziecko;-)Zapatrujemy się często i intensywnie. Po prostu to lubimy. Mistrzynią jest podobno mama, która już nie raz wpadła do dziury, uderzyła w słup lub w inną przeszkodę, ale tata jest tuz za nią, a jak widać Zuza całkiem nieźle sobie radzi i czekać tylko, aż prześcignie i mamę i tatę. Zapatrzyć można się na wszystko. Najlepsi są ludzie, ale można też wpatrzyć się w drzewa, w ptaki...Polecamy serdecznie!

poniedziałek, 9 listopada 2009

poszła zuza na urodziny



drugie w życiu Zuzy urodziny u nie rodziny;-) Urodziny z zuzą to już nie to samo co bez niej, czas na przygotowanie jest zdecydowanie krótszy(oczywiście przygotowanie mamy), bo przygotowanie Zuzy zajmuje proporcjonalnie trzy razy dłużej przy założeniu, że po drodze nie przydarzy się tak zwane niemowlęce ulewanie, czyli rzecz której mama u niemowlaków nie cierpi!!!!Ponadto samo przebywanie na urodzinach to nie jest już siedzenie przy stole i swobodne rozmowy o niczym tylko raczej przemieszczanie się między gośćmi w celu zwiedzania, ciągłego, ustawicznego i nieprzerwanego, dostępnych pomieszczeń w domu przyjmujących i ewentualne zabranianie dotykania wszystkiego, ściągania obrazków ze ściany no i nie daj Boże jak solenizant ma w domu akwarium!!!Zuza uwielbia, ubóstwia wręcz, wodę w akwarium oraz wszelkie pływające tam stworzenia, może stać przy nich, żeby tylko godzinami aż wszystkie rybki odpłyną lub dostaną zawału. A nasz biedne żółwie już widzę, że nawet na widok Zuzy ręki otwierają paszczę. Biedne będą musiały za jakiś czas zmienić swoje miejsce i zamieszkać, na wysokim regale. Widać dziecko to zmiana nie tylko dla rodziców,a le też dla bezbronnych żółwi.Ale wracają do tematu urodzin, po spełnieniu wyżej wymienionych warunków urodziny minęły bardzo spokojnie i zabawnie. a no i w obecności dziecka podobnie jak w obecności pieska, nie ma obawy, że zabraknie tematów do rozmowy. To taki temat zastępczy jak pogoda trochę, jak nie ma o czym mówić zawsze można mówić o tym, który jeszcze sam (sama) nie mówi;-)

sobota, 7 listopada 2009

człowiek karton

Być może jest to ostatni post na tym blogu, bo tata mnie zabije, ale nie mogłam się powstrzymać. Są rzeczy, których nie można zatrzymywać tylko dla siebie. Są zbyt cenne, zbyt znaczące dla ludzkości. I to jest właśnie jedna z nich. Dzisiejszy świat cierpi na brak autorytetów. Ciągle operujemy wyświechtanymi już Supermanami, Spidermananmi czy Batmanami. I tot narodził się nowy bohater, zrodzony z dnia współczesnego,z rzeczywistości, która jest tak blisko nas. Bohater, który ma zastąpić lukę na rynku autorytetów. Człowiek karton jest przede wszystkim swojski,a przez to nie stwarza dystansu pomiędzy sobą a innymi. Ponadto jest elokwentny i zabawny. Po prostu taki jaki być powinien. Przyjaźni się z folia aluminiową, woreczkami śniadaniowymi i wszystkim tym, z czego codziennie korzystamy, a nawet nie zauważamy, jak bardzo nam pomagają. Oto on. To nie ptak, nie samolot....to CZŁOWIEK KARTON

(nie)inteligentny proszek

mój proszek jest mało inteligentny. nie rozpoznaje plam,a co gorsza czasami w ogóle nawet ich nie znajduje. Nie wspomnę już o ataku, którego często nie ma, no bo nie ma co atakować, skoro plama nie rozpoznana. Po stwierdzeniu tego faktu załamałam się. Nie tylko swoim proszkiem, marnym doprawdy, a mówią, że taki inteligentny, ale tak ogólnie kondycja swoja i innych głównie tych, którzy mi wmówili, że mój proszek jest taki mądry. W tym tygodniu jakoś tak nostalgicznie się zrobiło, a to za sprawą święta , które mieliśmy,a le tego raczej ze zniczami niż z dyniami, no i za sprawa wspomnianego już proszku. Co mają ze sobą wspólnego? Pozornie nic, no chyba że inteligencję, ale jeżeli im się przyjrzeć to dojdziemy do winsoku, że chyba staliśmy się takimi trochę przereklamowanymi proszkami, że niby inteligentne, ale jak przychodzi, co do czego to plamy nie znajdują. Nie warto się spieszyć po to, żeby potem było, bo się okazuje, że potem nigdy nie przychodzi tak jak my chcemy, a czasami w ogóle. Lepiej teraz być,ale nigdy nie samemu tylko raczej z kimś i poznawać to co wokół, żeby nie przeoczyć żadnej plamy iw wierzyć w swoja inteligencję, a nie ta, którą wmawia się nam w okół. Że musisz to i tamto, zanim będzie tamto i siamto;-)A proszkom po prostu nie wierzę, że są inteligentne, bo oszukują tak jak niektórzy z nas, że są szczęśliwi. Od dziś piorę w szarym mydle, które nigdy nie mówiło, że jest takie mądre, a jak mówi moja babcia- najlepsze!!!

środa, 28 października 2009

U rodzin na nogach




Kiedy goście poszli już do domu i zrobiło się cicho, mama zaczęła się zastanawiać, ile jeszcze urodzin przed nią i jak te różniły się od poprzednich- czyli jak tu u mamy zrobiło się raczej nostalgicznie- aż tu nagle tata;-) ( też zresztą jak to on, nagle i natychmiast) zawołał mamę. Oczywiście po nawoływaniu mama myślała, że Pączek co najmniej spadł z okna i biega po podwórku, ale na szczęście okazało się, że sprawa jest mniej poważna,aczkolwiek ważna. Otóż Pączek sam podniósł się w łóżeczku i stanął. Oczywiście radość przy tym była ogromna, uśmiech od ucha do ucha i ten dźwięk, który umie zrobić tylko mama, a Pączek go cudownie naśladuje. Tak więc droga do samodzielności Pączka staje się coraz krótsza, chociaż z drugiej strony coraz bardziej niebezpieczna. Poprzez swoje dziwne figury służące jak najwyższemu podniesieniu się najlepiej do pionu Pączek czasami, naprawdę czasami, uderza głową w podłogę, ale leciutko. strach jednak jest.najlepiej sprawdziłyby się kołdry na podłodze. Następnym razem tata projektant musi to uwzględnić;-)Dziś tylko tyle, czyli bez polotu i głębszej analizy. Sukces jest: Pączek wstał, a mama przeżyła swój kolejny rok w szczęściu i czeka na to, co przyniesie jej następny, czyli do następnych urodzin u innych rodzin;-)

poniedziałek, 26 października 2009

o! pamięci




Kiedy podczas pierwszych wizyt wszyscy przychodzili i mówili: Ja już nie pamiętam, kiedy mój/moja taki mały był- nie wierzyłam, jak można zapomnieć, że przecież zawsze się pamięta. A jednak, jak to zwykle bywa dopiero na własnej skórze przekonałam się, po raz kolejny zresztą na tej samej, że chyba ci wszyscy mieli rację. Pamięta się uczucie, ale nie pamięta się wyglądu, tej małej wielkości. Dzisiaj znalazłam te zdjęcia i rzeczywiście zdałam sobie sprawę, że jeszcze paru innych rzeczy nie pamiętam, a szkoda. Także tych swoich, nie mnie jako mamy, bo teraz to już tylko jestem mamą i chyba muszę po mału nad tym pracować, żeby znowu może być bardziej sobą z wcześniej niż tylko mamą.Ale coś już takiego jest w tej funkcji, że przestawia się na inny trochę tor i niby dalej jestem Kasia vel. kate tylko procentowo to nie wiem jakby to określić, czyli ile jest mamy, a ile Kasi. Dobrze by było chyba 50/50, ale czy tak jest to...nie pamiętam. Będę jednak pracować nad zachowaniem zdrowej równowagi. Muszę o tym pamiętać.

piątek, 23 października 2009

myszkę widziałam ostatnia


zamieszkała z nami mała, wyliniała, trochę chyba wygłodniała. nikt jej w sumie nie zapraszał, ale kiedy już przybyła ciężko ją wyrzucić, przecież zima. Gości naszych też poznała, więc już chyba bardziej śmiała. Mieszka sobie gdzieś w kominku, korzystając z jesiennego wypoczynku. gdybyś jednak, moja droga, powędrować gdzieś chciała, to ja bardzo ciebie proszę, zrób to wtedy, kiedy mama będzie smacznie spała. Bo pomimo twego uroku wędruj sobie gdzieś po zmroku;-)

wtorek, 20 października 2009

You?Here?funny meeting!



poznał tata mamę i chodzili ze sobą lata całe. To do szkoły, to na dworze, za ręce się nie trzymali o żadnej porze. Mama ściemniała, że z psem biegała, a naprawdę za tatą szalała. Tak mijały lata całe, aż w końcu dnia pewnego październikowego, trzeba było pokroić torta ślubnego. Od dnia tego mama nazwisko swoje zmieniła, choć za swoim bardzo tęskniła. Z miłości jednak do taty szanownego dziś jest żoną Radzimskiego;-)

piątek, 16 października 2009

ziemniaki

tak sobie dzisiaj przypomniałam, jak dopiero co musiałam obierać ziemniaki po przyjściu ze szkoły. Bez większej chęci, ale trzeba to było robić szybko, zanim mama przyjdzie z pracy, żeby nie krzyczała i żeby ogólnie mniej hałasu było. Zawsze przy tym jeszcze trochę krwi się polało;-), bo z siostrą bój był o to, kto dziś obiera, a kto obierał wczoraj, czyli to nie jego kolej. A dziś tak sobie zdałam sprawę, że sama mam takiego pomocnika i ani się obejrzę, a będę wracać z pracy i sprawdzać, czy ziemniaki obrane;-)Nie mogę w to uwierzyć, jakoś to do mnie jeszcze nie bardzo dociera, ale fakt jest taki, że za niedługo ziemniaki będą obierać się same;-) no prawie same. I sama nie wiem czy wolałam jak sama je w pośpiechu obierałam, zawsze przenosząc sobie kosz na śmieci i nożyk przed telewizor, żeby móc oglądać. Mama oczywiście nie wiedziała, tak jak jeszcze paru innych rzeczy, o których dowiedziała się znacznie później albo dopiero się dowie;-))Ciekawe, czego ja się będę dowiadywać i kiedy? W ogóle nie sięgam tak daleko swoją wyobraźnia,a el to może być szybciej niż się mi wydaje;-)



Zuza i próba dostępu do ziemniaków;-)

czwartek, 15 października 2009

ja i mój miś;-)


proszę Państwa oto miś, miś jest dresem trochę dziś.

za czym tęsknią mamy

za płaskim brzuchem, za zakupami bez pospiechu, za niewycieraniem podłogi co pięć minut ( bo komuś coś się ulało), za praniem nie codziennie, za wstawaniem, o tej o której się chce, za wyjściem z domu, które zajmuje dwie minuty, anie 20 minut ( co najmniej przy całkowitym spoceniu i braku niespodzianki w pieluszce), za nocą bez pobudek co dwie godziny ( w ogóle o co chodzi, wcześniej Pączek spał cała noc, a teraz budzi się z zegarkiem w ręku co dwie godziny???)za czytaniem książek 9 bo tera zdarza się przysnąć nie wiadomo kiedy) za swobodnymi spotkaniami z koleżankami, a przede wszystkim za latem, bo wtedy dwie minuty Pączek wylansowany do wózka zapakowany i śmigałyśmy po parkach, lasach i chodnikach. I mamie się nie nudziło i nie stwarzała,a i Pączek był szczęśliwy, bo z ludźmi przebywał, a teraz wariuje, bo ile można patrzeć na mamę, szczególnie jak tak bardzo lubi się nowe twarze;) Tak więc zapraszamy wszystkich do odwiedzin, bo wtedy jest weselej i mniej marudniej!!!( i ze strony mamy i Pączka)
A to letni jeszcze Pączek na ostateczne pożegnanie z latem ( teraz trzeba kupić sanki;-))

poniedziałek, 12 października 2009

z nudy


wsadziła mama Opuncję do chusty i wybrała się na spacer po mieszkaniu. Ku wielkiemu zdziwieniu fakt włożenia Opuncji do chusty wprawił ją w wyśmienity nastrój. Dlaczego?
Przecież ani to pierwszy raz, ani ostatni. widać z nudów dziecko nawet z takiej błahej czynności się śmieje, ale było tak miło, że aż szkoda, że się skończyło;-)

....


Jakoś się tak deszczowo zrobiło i nawet tata, który zawsze jest na tak zaczął się zastanawiać, co to będzie za parę lat. Bo teraz jest super, Pączek się cieszy, jest szczęśliwy i ogólnie niczego mu nie brakuje, tak przynajmniej się mamie i tacie wydaje;-) Ale tak sobie pomyśleliśmy, że za parę lat trzeba będzie Pączkowi powyjaśniać to i tamto, dlaczego jest tak, a nie inaczej. No i tak sie zastanawialiśmy z tatą, kiedy i jak to zrobimy. Kiedy powiemy, że Pączku drogi trochę różnisz się od koleżanek, ale i tak jesteś najlepsza, a może właśnie dlatego tak wyjątkowa. Tak sobie też pomyśleliśmy, że super by było, gdyby pamiętała te wszystkie dni, które są teraz, bo one na pewno by jej pomagały wtedy, gdy będzie padał deszcz. Bo pomimo naszych najlepszych starań, tak sobie myslę, że mogą być dni, kiedy myśli w głowie większego już Pączka będą biegały, goniły się i ciężko będzie je złapać, ale oczywiście my się bardzo postaramy, żeby je wszystkie wychwytać.
A i jeszcze jedno już się przyzwyczailiśmy do mamy i taty i nawet sami do siebie tak mówimy- przełomowe wydarzenie;-)

wtorek, 6 października 2009

genetyczna opuncja

seriale to fikcja i nikogo chyba nie trzeba przekonywać do tej tezy, a już zwłaszcza, kiedy ma się kontakt ze służbą zdrowia i porówna się ja do serialowych przychodni, cudownych, zawsze uprzejmych lekarzy, którzy żyją problemami pacjenta i są mu całkowicie oddani. Oczywiście wyjątki się zdarzają, choćby endokrynolog, która leczy Zuzę, ale ogólny obraz raczej odbiega od tego stworzonego prze świat, w którym wielu Polaków niestety żyje. I może dlatego tak boleśnie przeżywają każdą wizytę u lekarza. No bo gdyby szli z innym nastawieniem, że będą siedzieć, że będą czekać, że pani doktor w ogóle ich nie pozna chociaż przyszli już na wizytę po raz setny, no i że godziny przyjęć są godzinami orientacyjnymi. Tak żeby się pacjent orientował, że masz przyjść na 2 po południu, a nie na drugą w nocy. A to, że został przyjęty o 17 to przecież żadne przestępstwo, ogólna orientacja była.
Nasza szczęśliwa trójka też miała kolejną okazję spędzić uroczy dzień u lekarza. Przy czym my zawsze jesteśmy pozytywni, no mama może trochę mniej, ale tata zawsze, bo generalnie neguje wszystko, co mówi mama, więc skoro mama narzeka to tata mówi, że wszystko jest super. Opuncji też się podobało, bo wokół byli ludzie, więc ciągle coś nowego,a i na rękach mogła być noszona bezkarnie, bo przy ludziach oduczania od rąk nie ćwiczymy. Za głośno po prostu. Tak więc zaliczyliśmy dziś naszą panią endokrynolog, która powiedziała, że oprócz tego, że Pączek jej się bardzo podoba, to wszystko w porządku. Kontrola za pół roku. A potem mieliśmy wizytę, po raz pierwszy, u pani genetyk, która była zakonnicą w przebraniu. Dość oziębła, a że my wyedukowani jesteśmy na tematy kariotypów i chromosomów to mówić nam nie miała co. Pączkowi powtórzą badania genetyczne i tyle. no ale u pani genetyk byli studenci, którzy mieli okazję pobadać naszego dzidziusia, który miał dziś wyjątkowo dobry humor i nawet oziębła pani genetyk powiedziała studentom, że mają korzystać, bo rzadko się zdarza, że pacjent jest tak chętny do badania i wręcz śmieje się na głos, bo dziś Zuza miłą dzień "SSSSSSS" to znaczy, że śmiała się do łez, autentycznie, na dźwięk litery "ssssss". Do teraz nie wiemy, co w niej jest śmiesznego, no ale coś na pewno. Dzień przeminął cały i pomimo moich nadziei, ze w międzyczasie pójdziemy na spacer do parku koło szpitala, niestety cały dzień minął nam w poczekalni, ale nie było najgorzej, a dowodem może być fakt, że Zuza cały dzień nie spała tak się jej podobało ( widać czekanie do lekarza na orientacyjną godzinę może być przyjemne), że jest godzina 21,30, a Pączek nie ma najmniejszej ochoty spać, a wręcz przeciwnie rozwija swoje informatyczne talenty. Szkoda tylko, że na komputerze mamy, bo tata jej swojego nie daje. Ciekawe?

piątek, 2 października 2009

sobota, 26 września 2009

rybowodnik






poszła dzisiaj Zuza na basen. Pierwszy raz. Trochę płaczu było, ale nie najgorzej, tak że polecenia zdyscyplinowany tata wykonywał, a pan instruktor powiedział, że Zuzy to są fajne dziewczyny. no i oczywiście miał rację. Wokół same chłopaki były, więc Zuza jako jedyna syrenka spisała się wyśmienicie i mama z tata mają nadzieję, że następnym razem będziemy już ćwiczyć kraula albo przynajmniej żabkę, a nie jakieś tam podskoki tylko;-)W końcu ma się te ambicje...

szkocja przyjechała na pawliczka


a mama tak sobie pomyślała, że fajny Zuz z tej jej Zuzki i może fajnie byłoby mieć też chłopaka;-)

czwartek, 24 września 2009

osiągi

kolejne nowe osiągi Zuzy. Ząb, którego nie pokażemy bo jest u góry schowany pod wargą ( trójka, wszyscy mówią, że dziwnie) i Zuza niechętnie go pokazuje, no chyba, że mama na siłę podnosi wargę, no ale do zdjęcia to średnio. Czekamy na kolejne i wtedy pokażemy.
Siedzenie. Zuza siedzi coraz pewniej sama nawet kilka minut dopóki jej się nie znudzi i nie chce wędrować dalej.



No i sukces Szczepana, choć częściowo związany z Zuzą. Smoczek, który został porwany, a następnie w wielkich trudach odnaleziony podobny w sklepie, bo inne się Zuzie średnio albo wcale podobają;-)

Ach i wiadomo już, że Szczepan będzie gryzł jednak Kostka, a nie Agatkę;-)Tak, że wszystkie zabobony związane z ciążą to bajka i nigdy w nie nie warto wierzyć, tak więc precz z czerwonymi wstążeczkami, zakazem noszenia korali i innymi bzdurami ( w tym kalendarz chiński;-))