środa, 26 lipca 2017

o tym, jak nie było

wróciliśmy, przeżyliśmy, choć łatwo nie było, ale kto jak nie my dałby sobie radę. Pot lał nam się z czoła i to bynajmniej nie z upałów. Leciały przekleństwa i to nie z powodu emocjonującego wydarzenia sportowego. Bo "wakacje" z naszymi "koneserami toalet" to jest jakby oksymoron, to tak jakby mówić o ciepłych lodach czy słonecznym Bałtyku. I na pewno na tych dynamicznych "wakacjach" w naszym powiększonym składzie nie było:

spokojnie- to pojęcie jest zbyt abstrakycjne dla" koneserów toalet". Mam takie wrażenie, że spokój wyprowadza ich z równowagi. A już spokój rodziców jest im całkiem obcy. Wchodzimy gdzieś niby spokojnie, błagamy konesreów o stwarzanie chwilowych pozorów, ale zaraz po przekroczeniu progu jakiegokolwiek miejsca koneserzy od razu muszą iść do...toalety. I ten pozorny spokój mija, bo ty mówisz już chwileczkę, zaraz, zajmijmy stolik, kupmy bilety, ale koneserzy nie uznają zajmowania stolików czy kupowania biletów, oni musza rozpocząć zwiedzanie natychmiast. A toalety uwielbiają. W te "wakacje" zwiedziliśmy ich setki, bo i byliśmy w wielu miejscach. W przypadku syna ten "wewnętrzny nepokój pęcherza"był tak duży, że zaliczyliśmy też sporo drzew i krzewów.

refleksyjnie- ale, że co, że chciałabym pomyśleć nad sobą, nad nami, nad światem patrząc się na fale? no chyba śnisz! Koneserzy jedyną refleksję mają nad wyborem zestawu lego i przekalkulowaniu, ile im zostanie jak kupią jedno pudełko i czy wystarczy im na jeszcze coś.( Bo w tym roku koneserzy wszystko mieli sobie kupować za swoje pieniądze. I to było odkrycie i złoty strzał, bo córka, która należy do umiarkowanych filantropów, dochodziła do olśniewających myśli, że wydanie 14 zł za 5 minut skakania na dmuchańcu to jest "lekka przesada i zdzierstwo")Tak więc jedyna refleksja na jaką mogłam sobie pozwolić, to pięć minut w samotności, w sklepie spożywczym i chwila zadumy nad tym,ile bułek kupić, tam koneserzy nie wchodzili, choć oczywiście chcieli, ale udało mi się uciec.No i nie ma tam toalet;-)

powolnie- spacer to pojęcie, które w naszym przypadku nabiera nowego znaczenia. Bo albo musisz gonić za hulajnogą, albo za którymś z koneserów, który oddala się w kierunku jakiejś niebywałej atrakcji, którą właśnie dojrzał. Istnieje też opcja, ze biegniesz z wózkiem, bo najmłodsza z koneserów ( tak ona też robi kupę w najmniej oczekiwanych momentach i przewijanie na przednim czy tylnym fotelu samochodu, w deszczu czy wietrze to już żadne wyzwanie) lubi prędkość, no i jak coś się dzieje.

cicho- gadanie to by jeszcze nie był aż taki problem, ale koneserzy dzielą się zadaniami. I tak koneser A. gada lub jęczy, bo ma niezliczoną ilość problemów ( tak, jasne), zaś koneserka Z. śpiewa, krzyczy, non stop się śmieje, co denerwuje konesera i zaczyna jeszcze głośniej jęczeć, koneserka jeszcze głośniej śpiewać i tak w koło. A do tego włącza się najmłodsza z koneserów, której momentami przeszkadza już wszystko, a jak wszystko przeszkadza to pomagają kołysanki, więc do tej "ciszy"dołączam ja matka i moje "aaaa, kotki dwa". Morza to mogę sobie posłuchać teraz na youtubie.

Tak nie było. I nie wylegiwaliśmy się, i nie odpoczywaliśmy, i nie nudziliśmy się. Bo byliśmy na wsi, gdzie była cała rodzina i zmieściliśmy się z czwórką innych dzieciaków  w jednym domu, bo przeżyliśmy inwazję komarów w naszym wakacyjnym domku,bo co chwilę się zbieraliśmy w poszukiwaniu skateparków, bo płynęliśmy promem, bo zwiedzaliśmy Kopenhagę nawet w ulewnym deszczu, bo odwiedziliśmy najlepszy budynek na świecie w Szczecinie, bo raz pływaliśmy w morzu. Bo pakowaliśmy się, co cztery dni. Bo tak fajnie się zmęczyliśmy;-)

poniedziałek, 17 lipca 2017

jestem na wczasach

wytargał nas wiatr, wyjście z domu oblewa mnie potem, torba, którą dźwigam waży z 10 kg jak nic, a i tak nie mam wszystkiego, standardowo zaraz po ubraniu czegoś świeżego dziecko H. puszcza pawia na mnie i na siebie, dzieci Z. i A. kłócą się o wszystko od tego, że oddychają "na siebie" po to, że w ogóle są rodzeństwem, a do tego wszystkiego atakują   nas tabuny komarów, co jest dopełnieniem tej sielanki, zwłaszcza jak ma się uczulenie na ukąszenie komarow( odkryłam, że dziecko A. też ma). O czym to ja mówiłam? A że jestem na wczasach....

środa, 5 lipca 2017

love song for halina

chyba już się poznaliśmy- wszyscy. My wiemy na co stać dziecko H, a ona wie na co może liczyć z naszej strony. Halszka, jak każdy, ma lepsze i gorsze momenty. Jakoś tak skłonna jestem mówić, że tym razem jest tak mało różowo, ale poprzednio spontanicznie też tak mówiłam. Nowością przy trzecim dziecku jest większa świadomość, że wszystko mija, że wszystko może się zmienić, że wszystko jest jakoś tam takie same. Dlatego też wiem, że z perspektywy czasu pewnie będę mówiła, że wcale nie było tak źle, tak jak teraz mówię o niemowlęctwie Zuzy i Antka, choć wtedy oczywiście narzekałam, a jakże. Mając to wszystko na uwadze, Halszka jest żarłokiem, bardzo towarzyskim i pogodnym. Z tą pogodą ducha, to trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, że radość sprawia jej towarzystwo stałe, ciągle, bez przerwy, wtedy jest radość. Gorzej, jak musi zostać sama. Zwierzę stadne. Ponadto doskonale opanowała sztuczkę przewracania z pleców na brzuch, a w drugą stronę narazie słabo, więc stale musi ktoś ją obracać. Poza tym picie z butelki wody idzie jej coraz lepiej, a od dwóch dni wykazuje też zainteresowanie innymi produktami niż cycowe mleko. Nie ukrywam, że kamień powoli spada mi z  serca. Halszka jest też od urodzenia wybitną "stękaczką". nie tyle gaworzy, ile dużą stęka, wydaje długi, wyjący głos. No i uśmiecha się, uśmiecha, uśmiecha.