wtorek, 24 grudnia 2013

poniedziałek, 23 grudnia 2013

easyLot

to nie był. Zuza zanim wsiadła cały czas pytała kiedy już będziemy w samolocie, kiedy startujemy, a jak już weszliśmy to zaczęła jęczeć, kiedy lądujemy i kiedy będziemy na miejscu. A stopień jej upierdliwisci jest znaczny. W międzyczasie obracała sie, znikała na lotnisku, otwierała stoliczek w samolocie wtedy gdy miał być zamknięty i zamykala roletki wtedy gdy miały być otwarte. Mistrzem okazał się jednak Antek. Trzy godziny lotu wyrywał sie, skakał,krzyczał i jedyne co mu sie wyraźnie podobało to samodzielne bieganie po samolocie i zaczepianie ludzi. Jednym słowem lot udręka i na pewno niełatwy. Doszliśmy do wniosku z ojcem dzieci, że możemy podróżować tylko autem, bo nasze zapięte w foteliki sztuki nie mają pola manewru, a my nie czujemy na sobie 200 par oczu!!

czwartek, 19 grudnia 2013

jak żyć?

gdy w domu choinki nie ma, a naokoło na wszystkich blogach migoczą do mnie kolorowe lampki. Konkurs bombek uważam za otwarty.
Jak żyć? Gdy ludzie w sklepach, an ulicach, jak co roku wariują od zakupów, z zakupami, na zakupach, przy zakupach, pod zakupami...a ja będąc rozsądną i przezorną, kupiłam wszystkie gifty dużo wcześniej, a że święta pierwszy raz spędzę bez mamusi i tatusia to i innych rzeczy kupować, ani przygotowywać nie muszę. I tutaj uwaga- korzyści z małżeństwa, że jest instytucja teściowej, do której to można wbić i mieć wolne. jupii;-)) Wiem, mamusie- dwie- że cię cieszycie! Jedna, że mnie nie będzie i cisza nastanie, a druga, że ją nawiedzę i będzie larmo!!!Przynajmniej od święta;-) I żeby nie było to wcale nie ja najwięcej krzyczę, ale geny rozdałam, także pałeczka przekazana... Następcy są godni.
Jak żyć? I tu będzie część najważniejsza tego wywodu- gdy dziecko tak młode, a problemy tak poważne. Aż strach się bać, co będzie potem. Chodzi oczywiście o Zu. zostałam wezwana na rozmowę przez panią w przedszkolu, że Zuza po raz kolejny zbiła Patryka ( wcześniej też się podobno zdarzało, ale pani nie mówiła, ale wczoraj to już mu ostro dała w twarz) i Maję, po czym obraziła się na cały świat. Patryk, miłość wielka, dostał za to, że nie chicał się z nią "bawić w lekarza" (!!), a Maja oberwała za to, że Patryk bawił się z nią, a nie z Zu. Obraza natomiast była na wszystkich, ponieważ poraz kolejny już Zu doszła do egzystencjalnych przemyśleń, że nikt jej nie lubi, nie ma koleżanek ani kolegów, i że w ogóle wszystko jest "ble. ble .ble." O tym, że problem jest wiedzieliśmy od jakiegoś czasu, bo zuza skarżyła się, że siedzi z chłopcami,że się z niej śmieją, a nie z jej żartów, że mamy jej wymyślić coś śmiesznego ze słówek "kupa", żeby też się z nią śmiali, a nie z niej, że nie mówi nic ze słowem "kupa" ewentualnie "dupa". Skargi na brak znajomych też się przewijały, a obsesja na punkcie Patryka ,to już kiedyś o tym pisałam, towarzyszy nam od roku. Nie żebyśmy nie robili nic, bo tłumaczyliśmy, rozmawialiśmy, nawet wymyśliłam rymowankę  z kupą, ale sprawa nie wydawała się nam aż tak poważna. Ale teraz kiedy pani w przedszkolu mówi, że inne dzieci tak nie mają i nie przeżywają jakiś takich kłopotów to zaczęłam się niepokoić. Wczoraj dużo z Zu rozmawialiśmy, pokazywaliśmy scenki rodzajowe, że nie może się tak nachalnie rzucać na dzieci, bo wtedy one się jej boją i nie chcą się z nią bawić, bo przez swoją żywiołowość je przytłacza. Że ma odpuścić Patrykowi, bo on nie jest jej własnością i może się bawić  z innymi, ale co z tego będzie nie wiem. Wygląda to wszystko dość smutno i przykro nam, bo zdajemy sobie sprawę, że  gorsze problemy przed nią. I tak kule bele przed świętami się nam porobiło "życiowo".
jak żyć? Matki...

wtorek, 10 grudnia 2013

wschodząca gwiazda

Oboje młodzi, zdolni, przystojni, hipnotyzujący, urzekający. Fanki piszczą, a oni niewzruszeni robią swoje. 
Polecam antka i The Dumplings http://youtu.be/mDD3lnJYqCU

niedziela, 8 grudnia 2013

dwóch takich


Co wpadło bez zaproszenia, a do tego z lenistwa nie przez komin. Rozpoznanani zostali dość szybko i to przez najmłodszego w towarzystwie. Antek zaraz po wejściu typów powiedział: baba!! Potem po wyjściu Zuza ironicznie tylko zapytała: po co sie tak przebraliscie , co to jest bal przebierańców czy coś?? No ale starzy sie połechtali, że dbają o dzieci i organizują im atrakcyjnie czas wolny. A że " mikolajow" było dwóch to tylko dodatkowy wypas.

piątek, 29 listopada 2013

samopomoc chłopska

chopy to są jednak pokrętne i dziwne stworzenia. Uparte, zawzięte, kombinujące, marudne, ale też przytulające się, rozczulające i potrzebne każdej babie;-)


video


piątek, 22 listopada 2013

karna "psza"

czyli cytaty.
Zuza bawi się w szkołę swoimi lalkami ( to jedna z jej ulubionych zabaw). Lalki mają lekcję śpiewu. Zuza przychodzi do mnie i oznajmia: Wiesz, dwie lalki śpiewały ładnie. W nagrodę pójdą na świetlicę, bo tam są zabawki będą się bawić. A dwie lalki śpiewały brzydko. One pójdą za karę do kościoła na długą "pszę", a ja będę czekać na nie w aucie. Bo wiadomo, że dzieci nie lubią "pszy", bo tam jest bardzo nudno.

No niby racja. W koću odkryłam , jak karać swoje dziecko;-)Lepiej późno niż wcale.
PS. Pewna prababcia może być niepocieszona z takiego obrotu sprawy, ale cóż wieje nudą i tyle, na nudną "psze" nie ma rady.

czwartek, 21 listopada 2013

talenta

to jeszcze tak a propos wczorajszego wpisu i genialności moich "żuczków". Zdolne są te moje "misiaczki".

video

środa, 20 listopada 2013

drugi level

nawet nie wiem kiedy w tej "bitwie o matkę (idealną)" przeszłam na wyższy level. To znaczy mam pewne przypuszczenia, ale jakiejś konkretnej daty nie mogę wyznaczyć. A co gorsze nastąpiło to stanowczo za szybko.
Sam  drugi poziom jaki jest? No cóż, jak wygląda koń każdy widzi. Tu można by rzec to samo. Bo czego oczekiwać po dwójce rodzeństwa, które chodzi, coś tam gada i dzieli ze sobą pokój. Głośno jest, ale o tym już kiedyś wspominałam. Hałas towarzyszy nam od godziny 6 rano do godziny około 23, bo syn jest ranny ptaszek,a  córka nocny Marek, żeby matka miała radość z dzieci cały dzień i pół nocy ( bo dla mnie noc to 20.30). Rano krzyczą wszyscy, Antek, że wstał, że chce mleko, że chce kupę ( bo mu się zachciało na nocnik robić!!), Zuza, że nie chce wstać, że nie chce czesać włosów, że chce zabrać lalkę, misia, kredki i pół domu, tata, że musi wstać, że mu się nie chce, że mu nie pukać do łazienki, matka krzyczy na wszystkich, żeby nie chceili albo chceili, żeby czekali albo się spieszyli, żeby stali albo szli i ogólnie jest wesoło. Potem w pracy też wszyscy krzyczą, bo przecież w domu im rodzice nie pozwalają krzyczeć, to muszę wydrzeć się gdzie indziej, a  w tym "gdzie indziej" ja oczekuję, żeby oni byli cicho. No niechże pani nie będzie śmieszna!!Potem wracamy do domu i znowu jest krzyk.
I tu wchodzimy na ten drugi level właśnie. Bo brat i siostra muszą się bawić tą samą zabawką jednocześnie, bo z rodzeństwa, które było sobie obojętne, przynajmniej zuza nie wykazywała większego zainteresowania swoim bratem, stali się rodzeństwem, które kocha się nziemiernie. Zuza chce Antka przytulać cały czas, on tego nie chce, więc jest krzyk. Antek chce się bawić z Zuzą albo tym, co Zuza, a ona oczywiście niekoniecznie, więc jest krzyk. W symbiozie potrafią tylko rozwalać. Destrukcja idzie im perfekcyjnie. On wysypuje kredki, ona wysypuje wszystkie klocki, on wysypuje zabawki z jednego kosza, ona  z drugiego. Radości co niemiara!!
Drugi poziom jest fascynujący i pouczający. Z perspektywy czasu analizuję  te tony włosów wydartych z głowy siostry i vice versa, te hektolitry śliny wyplute na siebie nawzajem i dopiero teraz po tylu latach rozumiem swoją mamę i wiem jak było ciężko. I nigdy, ale to przenigdy bym już nie była takim "niedobrym dzieckiem", bo wiem ile ten drugi poziom kosztuje wysiłku. Fizycznego wysiłku, żeby powstrzymać w  matce te wszystkie odruchy wyładowania i rozniesienia w drobny pył całego pokoju zabawek, i w ogóle wszystkiego co stanie na drodze, żeby wyładować "to larmo", co szkodniki robią przebywając ze sobą nawzajem.

środa, 13 listopada 2013

problemy z sercem

Zuzy. I nie chodzi tu o tachykardię, niedomykalność zastawki czy o jakiekolwiek inne schorzenie natury kardiologicznej, przynajmniej nie dzisiaj. Problem jest dużo bardziej głęboki, bo dotyka zarówno serca jak i duszy.
Chodzi o niego. Pewnego młodego, przystojnego ( w mniemaniu Zuzy), przyjaciela z przedszkola o wdzięcznym imieniu Patryk.
Sprawa ciągnie się od zeszłego roku. Wtedy się pojawił. Przez wakacje napięcie narastało. W obawie przed pierwszym września ojciec przeprowadzał nawet pogadanki, że chłopcy są wstydliwi, że potrzebują więcej czasu i  że Zuza nie może się na niego rzucić pierwszego dnia, stęskniona jego brakiem przez rozłąkę wakacyjną, bo może go przestraszyć. Udało się, Zuza była opanowana i cierpliwie czekała na reakcję Patryka. Potem sprawa jakby przycichła. Owszem codziennie rano zanosi laurkę dla Patryka, pojawia się w opowieściach zwłaszcza jako obiekt westchnień i marzeń, ale jako tako większych problemów nie było. Kryzys przyszedł znienacka dzisiaj.
Właśnie przed chwilą zasnęła, po godzinie płaczu- rozpaczy za ukochanym.
Proszę Zuza powiedz, o co chodzi? Zuza: Nie mogę, nie chcę. ( i bek) Ja: No ale Zuza , jak powiesz to postaramy się to wspólnie rozwiązać. Zuza: Tego nie da się rozwiązać. ( autentycznie). Ja: Wszystkie problemy da się rozwiązać. No weź powiedz. ( W końcu po dłuższej chwili) Zuza: Chodzi o Patryka. Nie da się zrobić, żeby mnie pokochał. (!!!) I tu tłumaczyłam, że jest młoda, że ma czas, że postaram się skontaktować z jego mamą, że może go zaprosimy na wspólne zabawy. Ale tu był kolejny poblem, bo ona nie ma takich "strasznych" zabawek, jak on lubi, a te autka które ma Antek są dla dzieciaków, a nie dla takich dużych chłopaków jak Patryk. W końcu udało mi się wynegocjować, że zorganizujemy zabawy plastyczne, a w nich mogą brać udział zarówno chłopcy jak i dziewczyny. W międzyczasie były jeszcze argumenty Zuzy, że on się woli bawić z chłopakami niż z dziewczynami. A to co w nim najpiękniejsze to : włosy?!? Helloł- włosy???No cóż.
Mi serce się lamie, że tak wcześnie muszę przeżywać takie poważne dyskusje, bo myślałam, że mam jeszcze na to czas. Kardiolog jest mi potrzebny, bo jak tak dalej pójdzie to zawał murowany!

środa, 6 listopada 2013

dobre

są chwile gdy jestem sama w domu, obżeram się ciastkiem z kremem, a w tle .....
i przed oczami piękne wspomnienia.

wtorek, 29 października 2013

Godzina z tatą

Ojcowie mają niebywały talent, czas spędzony z nimi jest czasem chlewu, rozpizdzielu i.....totalnej bezstroski,którą dzieci uwielbiają, bo gdy matki nie ma wszystko się może zdarzyć. Pa. Ojciec mówi, że zaczął sprzątać, bo się antek potykał. Dzięki Bogu;-)

niedziela, 27 października 2013

Dialogi

Zuza: tata, masz kredkę jasno- szaro- burą, bo chcę pokolorować mysz.           Jedziemy w pociągu. Zuza na wejściu zaczepiła panią: gdzie pani jedzie? A potem już był słowotok , w trakcie którego Zuza mówi do pani: majtki w galarety. Po czym obraca sie do taty i mówi: tato, tak bardzo ci dziękuję, że mnie nauczyłeś takich słów .                        Tato dziękujemy ci bardzo za te słowa, dobrze że nie brnęła w to dalej.                       Zuza skarży sie tacie, że kolega brzydko do niej mówi przy śniadaniu .               Tata: to powiedz mu, że mu opendzlujesz bułkę.                                                         Zuza: to ja mu opendzluje parówkę .           Jutro rano w przedszkolu będzie " opendzlowanie"

sobota, 26 października 2013

deja vu

to, że nic dwa razy się nie zdarza to bzdura.
 Tylko obuwie inne, bo przecież prawdziwy facet nie będzie latał w damskich "laciach"
a to trzy lata wcześniej


środa, 23 października 2013

wpis diagnostyczny

"Źle się dzieje w państwie duńskim" ten cytat z Hamleta jest doskonały do oddania sytuacji, w której obecnie się znajduje. Nie che mi się wnikać w szczególiki, ale fakty są takie:
- Zu przywlekła wszy z przedszkola, więc szukamy, wyciągamy, lejemy się śmierdzącymi płynami i wszystko nas swędzi na samą myśl. Jest krzyk, jest ryk :Daj mi już spokój i weź odłóż ten grzebień do wszów!" Niby już wszystko wytępione, ale "wszowy strach" pozostał;
- Zu po wizycie u psychologa, na którą skierował nas neurolog została zdiagnozowana:nadruchliwość ( to ci nowość), jak z tym walczyć: muszą państwo to przetrwać, w wieku 7-8 lat dziecko przestaje się tak ruszać, wtedy nie umie sobie znaleźć jednego zainteresowania, sporo jeszcze przed państwem, dużo sportu, dużo ruchu i cóż na pewno sobie w życiu poradzi, bo nie będzie się bała; tyle pani psycholog, a ja wychodzę z siebie, staje obok i siły nie mam!!
- stopniujemy napięcie: Zu dostała również wyniki swojego "kosmicznego" badania  i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu eeg wyszło jakoś nie tak, nie spodziewałam się tego, w każdym bądź razie teraz mamy ją nagrywać, co by pani doktor miała dokładniejszy materiał do badań, bo zuza jest tym skomplikowanym przypadkiem, że wychodzi nie tak, ale niejednoznacznie;
- tata mój osobisty się rozłożył na łopatki i kwiczy, a my razem z nim, bo  niego jak u Zu: obserwujemy i czekamy...tylko na co, tego nie wie nikt;
-matkę plecy nawalają , że ani stać, ani siedzieć, ani leżeć, plastry przyklejam, tablety łykam i kciuki trzymam,  że kiedyś musi popuścić;

Ale dla utrzymania równowagi, bo tylko ona jest lekarstwem na ten pat, pozytywy są takie, że:
-ojciec dzieci wrócił do nas, po ciężkiej pracy, co mnie cieszy i napawa nadzieją na lepsze jutro;
- słońce świeci i jest letnio od dwóch dni, są nawet szaleńcy, którzy z powrotem wskoczyli w krótkie gacie;
- byłam dziś na wykładzie o ZT, na Uniwersytecie Trzeciego Wieku, gdzie średnia wieku wynosiła 70 lat,a  wykładowca profesor ważny miał lat 90 i nadal wykłada, co mnie trochę przeraziło, po jego wykładzie. Ale pozytywne jest to, że babcie się uczą, że uczestniczą, a profesor żyje ciągle badaniami, które robił 20 lat temu i słodkie było to, że widać nie ma świadomości, że co nieco się zmieniło. Nie dowiedziałam się niczego, w sumie można by powiedzieć zmarnowałam 1,5 godziny, ale fakt, że profesor podziękował mi, że taka młoda przyszłam i się podekscytował moją obecnością był tego warty.

Moja diagnoza: chwilowa górka, ale szczyt jest blisko;-)

niedziela, 20 października 2013

bilans sześciolatka

- farbowanie włosów raz na pół roku, bo siwizna wychodząca z nerwów wyłazi jak grzyby po deszczu;
- melisa zawsze w  pogotowiu, bo z rana działa jak śmietana;
- "zaprogramowanie", które coraz częściej się zawiesza, nie wiadomo czy z nadmiernej eksploatacji, czy ze starzenia. W każdym bądź razie rano zawsze jedna część się idzie kąpać, druga wchodzi po niej i zawsze pod nosem najpierw wymamrocze: k....mać!, potem wyciera podłogę bo bagno nie z tej ziemii, przeciera zaparowane lustro, odkłada szczoteczki i pastę na miejsce i dopiero zaczyna się dzień i tak jest CODZIENNIIE!!!NIEZMIENNIE OD TYLU LAT!!!Pękam z dumy, że jeszcze któregoś ranka nie rozwaliłam tej łazienki, albo tego, kto z niej korzysta przede mną, za mną, nieważne zawsze stan jest ten sam.
-zrzędzenie cały czas na te same tematy, argumenty też niezmienne i z jednej i z drugiej strony;
- dwójka dzieci, które w swojej cudowności odziedziczyły po nas wszystko to, czego akurat mogłyby nie dziedziczyć aż w takim nadmiarze;
- kredyt jeszcze przez piętnaście lat do spłacania;
- plany na wakacje, które mają realizować nasze wizyty we wszystkich stolicach;
- określony rodzaj pochówku,gdyby coś gdzieś, jakoś się potknęło;
- i nadzieja na jeszcze wiele wspólnych bilansów, gdzie zysków będzie zdecydowanie więcej niż strat....

ILY



czwartek, 3 października 2013

gdybym nie była...

mamą to nie doświadczałabym tych cudnych widoków- dwóch umorusanych glutów bawiących się razem w ciszy, spokoju i szeroko rozumianej harmonii.
Fakt, są to chwile niezwykle rzadkie, ale to co najcenniejsze w przyrodzie nie występuje przecież powszechnie. Czyż nie? Zazwyczaj moje młode drą się o wszystko, o co można się drzeć, a nawet o to, co drzeć się nie można ( tak przynajmniej wydaje się nam- mądrym rodzicom i innym dorosłym), bo w świecie młodych darcie jest powszechnym zjawiskiem. Więc jak już zdarzą się takie rzadkie chwile, kiedy okazuje się, że wcale nie trzeba bawić się tym samym konikiem w tej samej chwili, albo kiedy nie trzeba kogoś niechcący popychać tylko po to, żeby go zaraz przepraszać, albo gdy da się bawić bez asysty mamy, taty, babci, dziadka itd. to ja jestem w raju i myślę, że tak mogłabym jeszcze dwójkę, trójkę, czwórkę takich młodych mieć pod skrzydłami. Ale nagle , jak grom z jasnego nieba, pojawia się krzyk, bo jednak kucyk drugiego młodego okazuje się lepszy, bo bębenek jest jeden, a bawić chcą się nim jednocześnie dwie osoby, bo mama musi udawać kotka, pieska i inne zwierzęta domowe i dzikie. I wtedy jak bańka mydlana znika moje marzenie o kolejnych młodych pod skrzydłami, a pojawia się zmora, że ja już mam dwa młode gluty, które właśnie się drą, a ja chce wyjść przez ścianę i zniknąć.
Gdybym nie była mamą.....



poniedziałek, 30 września 2013

grzybiarki

Nowa fucha. Zawodowe zbieractwo nam nie grozi, ale pod wpływem córki została zorganizowana wyprawa w polskie lasy. Przekładana kilkakrotnie w końcu doszła do skutku . Łatwo nie było, bo wstać trzeba było wcześnie, miejsce zagrzybione znaleść, nie przejmować się cynicznymi komentarzami , że się potrujemy, że sie nie znamy, że co to za wyprawa z zuzą, że co my tam niby znajdziemy. A jednak przyjechaliśmy z koszem i około 6 kg borowików, podgrzybków i sitaków. Wszystko już oczyszczone, nawleczone i suszone. Ha, takie z nas grzybiarki . Choć my z ZU byłyśmy raczej w tyle, oko miała ciocia Ola, ale ostatecznie przebił ją tata Adam, który odnalazł prawdziwe złoże sitaków. 

niedziela, 22 września 2013

hand made japan

Pięknie zlepione, smacznie zrobione przez mężczyzn ubolewających nad " tragedią współczesnego mężczyzny". Zaliczone. Można zapraszać ludzi...

środa, 18 września 2013

larmo

ja nie wiem jak my to robimy. Nie wiem, czy jesteśmy w tym wyjątkowi. Nie wiem, czy inni też tak mają. Nie wiem czy zasługujemy na słowa uznania czy politowania. Ale fakty są jakie są: u nas w doma je larmo!!!A po polsku u nas w domu panuje chroniczny wysoki poziom stężenia decybeli, wydawanych przez wszystkich.
Przez dzieci, przez matkę, przez ojca. Na szczęście gady- żółwie- siedzą cicho w akwarium. Choć nie, one też się tłuką ciągle o kamienie!!
Wchodzę do klatki i już na parterze słyszę, że "u nas w doma je larmo"! Ciągle ktoś krzyczy, ktoś gada, ktoś piszczy, ktoś śpiewa. Już mi tak łeb nawala, że wyeliminowałam TV. Włączam dopiero jak młode śpią, bo nie ogarniam tego natłoku dźwięków, tego nieustannego jazgotu. Bo albo ktoś pyta, albo płacze, albo drze się w fochu, że coś chce.
A ja już nawet w "kiblu" nie mogę się skryć, bo młoda umie otwierać drzwi, dorosła do klamki,a młody zagląda przez wywietrzniki w drzwiach na dole i drze się przez nie: mama, mama!!
Nie mogę już dłużej pisać, bo znów wkracza "larmo". ( Zuza tłucze klockami, a do tego śpiewa sama do siebie, bo układa wieżę,a przecież tego nie można robić w ciszy! Kto to widział budować wieżę, bez gadania do samej siebie!)

piątek, 13 września 2013

sezon na rajty

niestety rozpoczęty. Dziś nadszedł ten dzień, kiedy z żalem serca musiałam ubrać Antkowi "rajty po domu", bo się robi szaro- buro i zimnawo. Generalnie nie lubiłam dzieci biegających w rajtach. Walczyłam z tym dzielnie, kiedy Zuza zaczęła chodzić do żłobka, ale ponieważ była to walka z wiatrakami, bo za każdym razem jak ją odbierałam to i tak była w rajtach, poddałam się. To mnie przerosło, byłam za słaba.
Teraz czekam tylko z utęsknieniem na dzień, kiedy jest ciepło i można chodzić bez rajtów, a z żalem witam te dni, gdy rajty trzeba zarzucić. I tak było właśnie dzisiaj. Dzień żalu. Do tego Zuza też wstała w nastroju godnym jesieni, bo od rana kwiczała, że nikt jej nie lubi w przedszkolu, i nawet Patryk "już lubi ją mniej". Więc deprecha na całego.
 Antek miał dla odmiany lepszy humor, żeby zachować równowagę, ale kiedy przyszła miłosierna Agata, wybawczyni nasza ( bo zapomniałam donieść, że Anti po tygodniu powrotu do żłobka przywlókł infekcję  i gdyby nie długo utrzymująca się gorączka matka "doggie houser" dałaby radę), darł pantofla, ale podobno potem było w porządku. ( ale miłosierna Agata mówiła tak codziennie, więc nie wiem czy jej wierzyć czy nie;-)))A miłosierna dlatego, że poświęciła swój ostatni tydzień wakacji przed studencką ciężką pracą, aby wybawić nas, zagrożonych w pracy, przed l4 w pierwszym tygodniu).
W międzyczasie  tej jesiennej depresji Anti rozwalił głowę, mała krecha na czole, nadział się na stół, plastry ściągające dały radę trzy dni i zerwał sobie sam, a kazali przyjść na zdjęcie do lekarza. Okazał się zdolniejszy.
Tak więc tym optymistycznym rajtowym akcentem kończę ten piątek trzynastego i padam na twarz ( tu się śmieje ojciec dzieci), bo tak ( też do ciebie ojcze dzieci) jestem zmęczona i tak ( też do ciebie ojcze dzieci)szaleją mi hormony!!!więc bij na rajty.....

czwartek, 5 września 2013

matka w służbie zdrowia

przede wszystkim prowadzi notes, bo ilość dat, poradni, numerów telefonów, nazwisk jest tak duża, że nawet taka "miszczyni organizacji" jak ja się gubi. I tak już przeoczyłam jedno szczepienie młodego, ale nadrabiamy jutro.
Po drugie, taka matka musi przed wyjściem do specjalisty wypić melisę, wziąć relanium do torebki, bo czekać zawsze trzeba trochę, dziecko czym starsze, tym bardziej niecierpliwe,a wokół dwa miliony takich dzieci. Ponadto panie głównie rejestratorki zawsze są przepracowane, zniecierpliwione, i wkurzone, że w ogóle my tam jesteśmy (my= pacjenci).
Po trzecie, taka matka mogłaby sobie nagrać na kasetę historię choroby, bo trzeba ją powtarzać każdemu specjaliście. Wtedy szło by to sprawniej, bo każdy by włączał taką kasetę i już leci, bez gadania, bez zacinania, bez pomyłek, czy to nerka lewa czy prawa, czy rozpoznane teraz, od kiedy to trwa i po co w ogóle przyszliśmy.
Po czwarte, matka nie może narzekać, bo ludzie są milsi dla tych nie narzekających. I tak UWAGA!!! ja trafiam na samych fantastycznych lekarzy, nie prywatnie, którzy są mili, sympatyczni i pomocni. Nigdy nie dramatyzuje, nie histeryzuje, wierzę im , że się znają  i nie narzucam diagnozy. Może dlatego zawsze mnie słuchają i naprawdę pomagają. I tak na chwilę obecną nie narzekam na służbę zdrowia, tylko na to, że moje młode pisklaki jakieś takie wybrakowane i tyle trzeba latać, ale i z tym damy sobie radę, bo moja dewiza życiowa brzmi : inni mają gorzej.

piątek, 23 sierpnia 2013

klęski chodzą stadami

Po tym, jak wczoraj dostałam  sms'a od swojego operatora , że grozi mi bankructwo, wszystkie moje decyzje kończą się niepowodzeniem finansowym i dlatego mam się skontaktować z wróżką- wiedziałam, że lepiej już nie będzie. Bo sms' a dostałam akurat w momencie, gdy wróciłam ze średnio optymistyczną wiadomością  z pracy. Pierwsze, co przyszło mi do głowy to: Kurde, skąd nawet oni {telefonia komórkowa} wiedzą, że jest taka kupa???
No, ale nic, myślę sobie trzeba się  z tym zmierzyć, coś się znajdzie, działamy dalej. Fryzjera nie odwołujemy. Już, już witałam się z gąską podekscytowana koloryzacją, gdy przed samym wyjściem podszedł do mnie Antek i otarł się we mnie glutami!!! Nieważne, że brudne spodnie, ale on za dwa dni ma iść do żłobka. A tu poddał się wirusowi, który gdzieś złapała Zuza, bo ona "katarzeje" od paru dni. I tak oto na kilka dni przed rozpoczęciem roku szkolnego, na który wszyscy tak bardzo czekaliśmy, moje kochane pisklaczki mają mega katar, gluty po pas i nie wiem, czy uda mi się to zwalczyć w weekend.
Węc już miałam odwołać fyrzjera, bo stan depresyjny się pogłębił, ale myślę- idę, dam radę, będę dzielna. Gluta odepchnęłam do taty i już mi pani milutka doradzała, jakie pasemka sobie strzelić.Już farba załapała, gdy przyszedł odebrać mnie tata z młodymi, które wziął z domu w piżamach, w których latali przez cały dzień, więc myślałam, że spłonę na fotelu,a  do tego Zuza oznajmiła: No fajne masz te włosy, tylko trochę śmieszne!!!! Co tam dziecko może wiedzieć, myślę. Piękna jestem i ona się po prostu nie zna. Z zamkniętymi oczami, co by nie patrzeć na te młode w tych strojach,  prosto z łóżka, doszłam do domu. No to koniec dnia, koniec klęski. Ale jak się okazało, mogę znieść więcej. Bo gdy młode już spały, a ja rozkoszowałam się kanapką z dżemem jabłkowym to nagle poczułam w buzi coś twardego. Tak, to była plomba z jedynki!! Nie ma zmiłuj, trzeba iść i to w trybie pilnym do dentysty!!
Nie chciałam już kontynuować tego dnia, szybko uciekłam do łóżka,  a tam całą noc słyszałam jak młody charczy z zatkanym nosem i spania nie miałam, bo co ja mam teraz zrobić, jak do roboty trzeba wracać, a tu taka awaria.
Nowy dzień- nowe szanse. I tak też jest . Przede mną kolejna klęska, bo muszę iść na kolejną rozmowę do szefostwa, a młodych nie ma gdzie sprzedać,więc profesjonalna matka idzie z nimi.
Klęski chodzą stadami, i to dużymi.

piątek, 16 sierpnia 2013

chwalipięta

co prawda nie planuję już więcej młodych, ale gdyby jednak coś, albo tak dla zwykłego lansu oto umiejętności mojego 15 miesięcznego (dziś dokładnie) syna  Antona. Co by pamiętać;-)
Otóż Anton , chodzi, biega, umie wejść na wszystko. Ma opanowane wszystkie standardowe sztuczki typu papa, bije brawo, daj cześć, standardowo też pokazuje je wtedy kiedy chce, a nie wtedy gdy inni tego chcą. Próbuje sam jeść sztućcami, pije tylko z kubka ( ale to od samego początku, nie chciał pić z butelki tylko od razu  z kubka normalnego), je wszystko, siedzi na nocniku, próbujemy już samodzielne załatwianie, ale jak narazie wie, że tam ma robić, ale nie trafia, Będziemy pracować. Do zasypiania używa smoczka i pieluszki to jest zestaw "dydy", który oznacza, że chce spać. Picie sygnalizuje wydawaniem dziwnego dźwięku "aaaaaaaaaaa" i wskazywaniem na picie. Gdy je otwiera bardzo szeroko paszczę i mówi "amam". Ponadto w słowniku są odgłosy zwierząt :krowa, kura i owca. Słownik" oczywiście mama- na wszystkie kobiety, tata- na wszystkich mężczyzn (to jest trochę dziwne, ale cóż), bob- na wszystkie psy, bam- gdy coś spadnie, gogo-czyli imiona naszych żółwi, coś na kształt zuza, bam- gdy coś spadnie, woda- na wszystkie zbiorniki wodne, no i oczywiście wskazywaniem placem na wszystko i krzyczenie, aż do skutku. A dziś było pierwsze zdanie. Zgubił na dworze zabawkę przyszedł do nas i powiedział "bam", czyli, że mu gdzieś spadło.Mówimy " no to trudno nie ma, jak zgubiłeś, szukaj. A on wzrusza ramionami i mówi " nie ma". Sam się zdziwił, że to powiedział. No my też oczywiście. Aż zdolne są te młode.
A to i on pożerający jagody, w nowym fryzie:

wtorek, 6 sierpnia 2013

bonjour 3

czyli tata sapie nad szkłem i betonem, a matka nad tym, że chciałaby przez chwilę popracować w takiej szklanej klatce i biegać na lunche w sukieneczce od Versace. A dwie sztuki sapały, bo było im ciepło i nie chciały przebywać akurat w tych miejsach, które im wyznaczyliśmy,ale raczej obok nich, za nimi , przed nimi, jednym słowem gdziekolwiek  byle z dala od nas.
Czyli macie współczesny Paryż La Defense i nasz lans..
















.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

bonjour 2

czyli hardcorowy Paryż. Bo Paryż z Zuzią bez wózka, ząbkującym rocznym Antkiem i 40 stopniowym upałem to jest coś. I jak ktoś mi powie, że wakacje to jest odpoczynek to go wyśmieję. Ale było warto. Paryż się nam zdecydowanie podobał, ogarnęliśmy prawie wszystko, rozgryźliśmy metro, znaczy matka rozgryzła, bo była odpowiedzialna za kierowanie ruchem, tata za pchanie dwóch sztuk, a sztuki miały siedzieć cicho, co im wychodziło no powiedzmy średnio. Antek marudził, bo go rozpierało siedzenie w wózku, a Zuza marudziła, bo było ciepło, bo musiała chodzić, bo chciała tylko do muzeum i do metra. Ale dzielni rodzice się nie poddali i przeciorali swoje dzieci po 12 godzin razy dwa dni, czyli należą się cztery medale dla dzieci za dotrwanie do końca i dla rodziców za to, że nie eksplodowali i że nawet nie było aż tyle wulgaryzmów;-) A jak by ktoś miał ochotę na survival to my chętnie wypożyczymy nasze dwie sztuki ( nawet za darmo!!!) i wtedy można docenić jakim się jest wytrwałym.
Koniec gadania, czas oglądania....















i jeszcze z cyklu portrety rodzinne