poniedziałek, 27 września 2010

a to skąd?


a propos tych odziedziczonych po nas cech: skąd to się wzięło nie wiemy!!!

dobra




przyznajemy się- Zuza odziedziczyła po nas najgorsze cechy!Jest nam z tego powodu przykro i wszystkich najmocniej za to przepraszamy, następnym razem postaramy się coś z tym zrobić. Dołożymy wszelkich starań, aby zapraszając nas wasz dom nadal wyglądał tak jak wcześniej, aby przejście Zuzy niekoniecznie wiązało się z otwieraniem wszystkiego i ściąganiem nawet tego, co wydawałoby się jest nie do ściągnięcia. Będziemy również ją prosić, aby nie śpiewała cały czas, nie klaskała prawie, że non stop i nie wspinała się na krzesła, stoły, szafki lub co tam tylko się napatoczy.
Pracujemy nad naprawą, ale jako że nie mamy zbytniej wprawy, a świadomość, że cechy te wzięły się od nas, tylko niestety w jakieś dziwnej kompilacji, to praca jest dość utrudniona, a i czasu jakoś tak mało, ale organiczna prac u podstaw już z nie takimi problemami radziła sobie w przeszłości, więc jesteśmy dobrej myśli.

wtorek, 21 września 2010

do pewnej zagranicznej mamy

Mój patriotyzm jest naprawde duży, zrezygnowałam z paru kuszących propozycji z miłości do ojczyzny,a le przyanm szczerze, że jak czytam o podejściu w waszych żłobkach i porównuje to z naszymi realiami, to tak jakby dzieliły nas nie kilometry, ale lata świetlne. A zastanwaim się dlaczego? Prowadzenie zółbka i wprowadzenie kilku zmian, nie jest przecież jakąś megarewolucją. Otóż u nas nie ma zlituj, nie mam may, nie ma wchodzenia z dzieckiem, jest hartwpanie od pierwszego dnia. Może w żłobkach prywatnych jest inaczej, ale w tych Państwowych jakoś tak od pocżatku ostro!A że mama Kasia, co wynika pośrednio z tego patriotyzmu;-) jest zwolenniczka instytucji Państwowych w kwestii edukacji of course, to Zuza wygląda na to, że codziennie przebywa na poligonie wojskowym. Mama ani razu nie była w sali zabaw, bo nie można. Panie nie dzwonią jak dziecko płacze, krzyczy, ryczy, bo jak popłacze, pokrzyczy to kiedyś przestanie i pójdzie spać. A co więcej dziś przyszłam, jak akurat wszystkie groszki bawiły się w sali, która jest za szklanymi drzwiami, więc je widziałam. Przyznam szczerze, zabawek o tam dużo nie miały, więc jutro Zuza jakieś swoje podaruje. Pączek siedział u Pani na kolanach, bo jako że jest najmniejsza, najmłodsza zresztą też, to Pani ją sadza na kolanach i to się Pączkowi podoba. A że płacz jest to Pani też mówi ( ale teraz już okazjonalnie tylko w ciągu dnia, jak na przykład trzeba iść się myć, bo coś się Zuzie to ostatnio nie podoba, woda się podoba, ale mycie buzi i rąk średnio), a rano to mama sama słyszy.
Tak więc być może to żłobek powinien być inspiracją do przeprowadzki albo może Panie ze żłobka powinny się udać na jakieś szkolenie do zachodnich krajów. No albo takie zahartowanie od początku jest potrzebne w naszej Polszy, bo szczerze powiedziawszy to kto to widział, żeby tutaj { czyt. w tym kraju} ktoś z kimś obchodził się jak z jajkiem, szczególnie we wszelkich instytucjach. Jutro Zuza do żłobka bierze bagnet i idzie walczyć za swoją ojczyznę!!!!

czwartek, 16 września 2010

dezorganizacja lenistwa



to co się dzieje przechodzi wszelkie granice przyzwoitości, nieprzyzwoitości, wytrzymałości, i w ogóle granice wszystkiego i każdego. Mama- dotychczasowa mistrzyni organizacji, słynąca z zaplanowania, rozsyspała się na drobny mak. Nie wiem, jaki jest dzień tygodnia, nie wiem co się ma wydarzyć w danym dniu, nie potrafię się ogarnąć. A do tego wszystkiego dochodzi jeszcze mega leń, który powoduje, że nawet herbaty nie che mi się zrobić , a pić to i owszem- usycham. Do tego jeszcze nerwica żołądkowa wywołana "hiperaktywną zuzą" i "nad-marudnym tatą", który nie ma czasu, a nawet jak mamie się wydaje, że go ma, to się okazuje, że to tylko złudzenie optyczne. Ogólnie zdezorganizowałam się i zastanawiam się czy w ogóle istnieje możliwość powrotu do starego biegu rzeczy w najbliższym czasie, bo jak na to wszystko patrzę to ja już nie tyle "czarno to widzę", ale " wcale tego nie widzę". Pojawiają się sporadycznie oznaki, że da się wyjść z impasu, ale ich sporadyczność jest chyba zbyt mała, aby mogła być znacząca. I tak dla przykładu dziś rano przed płaczem na dzień dobry w żłobku, zrobiłyśmy sobie z zuzą sesję "damy", bo dziś właśnie taki było motyw przewodni poranka, kóry pozwlił okiełznać Pączka i ubrać go. Codziennie jest coś innego, co musi działać jako zagłuszacz krzyku " do baci, do baci". Co oznacza, że mama ma ją zabrać do babci, a nie do żłobka. Rano musi być nowy motyw, który przekrzyczy " do baci". I jest wszystko piesek, kotek krówka, "chicken", dziś były "damy", że się ubrałyśmy jak damy.
Kończ mamo, wstydu oszczędź, bo nawet wpisy są maksymalnie zdezorganizowane.

środa, 8 września 2010

rozkręcam się

a) po mału
b) na części pierwsze

ad a) bo jakoś nie umiem wskoczyć z powrotem do trybu praca, a już tym bardziej praca- dom-dziecko! przerasta mnie ta odpowiedzialna funkcja
ad b) bo wczoraj moje dziecko jedyne, jak do tej pory, po raz pierwszy miało gorączkę i spanikowąłam, nie wiedziałam co robić, na szczęście pomógł mi doktor google, a po drugie byłam mega zmęczona tym całodziennym "ma- ma" , wszystko be i tylko na ręce i na ręce. Okazało się, że moje dziecko zamiast spać z 39 stopniową gorączką wołąo cały dzień łazić i marudzić na wszystko. Na szczęście wieczorem nastąpiło cudowne wyzdrowienie, więc rano żłobek i dzień jak co dzień. Dalej z "ma-ma",ale za to skupienie dłuższe o pół minuty w stosunku do wczoraj, zawsze coś!!

poniedziałek, 6 września 2010

dramatycz-nie

a jednak dzień trzeci okazał się przełomowy w żł0b(k)owej tragedii. Był płacz od samych drzwi, przylepienie do mamy i ogólny dramat. W sobotę i w niedzielę po nieudanej próbie reakcji Zuzy na dźwięk słowa żłobek, daliśmy sobie spokój i postanowiliśmy, że nie będziemy wymawiać tego słowa do poniedziałku. Była też umowa, że w poniedziałek Zuza pojedzie do żłobka z tatą, bo mama powiedziała, że wymięka. Ale jak to z tatą bywa, powiedział, że jest chory i "że nie" jedzie. Nie było wyjścia. Pojechała mama. w aucie było ok. Na zewnątrz już gorzej, a w środku to już dramat -apogeum.Ryk, wierzganie nogami, łzy tak wielkie, że można było podstawić talerzyk i nałapać. a na koniec przyczepienie się rękami do mamy płaszcza, że pani pielęgniarka musiała "odrywać dziecko". Mama szybko uciekła i oczywiście podobnie jak córka...płakała.
Odbiór. Dzieci akurat śpiewały piosenki z panią. Zuzia siedziała w grupce dzieci, w ostatnim rządku i była grzeczna. Na widok mamy oczywiście był symboliczny płacz, ale zaraz potem zaśpiewała mamie "ogórek, ogórek". A pani pielęgniarce od razu powiedziała "do widzenia, do domu". W domu powiedziała, że w żłobku było "fajnie", więc znów pojawiła się iskierka, że może w środę, bo jutro mamy wolne, będzie lepiej. Ale tak czy siak, ja nie jadę, a tata niech nie zwala na katar!!!!Dramatom mówimy stanowcze- nie!

czwartek, 2 września 2010

dzień drugi

Koncpecja była taka, że będzie "dramat- część trzecia", ale, że nie było dramatu strasznego to nie wypada kontynuować tego założenia. Owszem trochę łez było, ale ilości średnie, do przeżycia. Pani pielęgniarka powiedziała, że dziś Zuzia była grzeczna, dawała radę, dużo nie płakała, jak już zaczynała to głównie wtedy, gdy inne dzieci płakały, więc nie jest źle. Jeść nie chciała tak samo jak wczoraj, za to w domu ma teraz wilczy apetyt. Z dziećmi też średnio się bawi, podobno. Chodzi swoimi drogami- usłyszałam. Jak narazie. Mam nadzieję.
Traktuję to jako symptomy pozytywnej aklimatyzacji. Czyli będzie "żyła" i mama, i dziecko ;-)

środa, 1 września 2010

dramat- część druga

12.15 Mama Kasia odbiera Zuzę. Jest płacz na widok mamy przez około 30 sekund, a potem "pa pa" do Pani pielęgniarki, ponownie komunikat o autku ten sam , co rano. I tyle. Oczy zapłakane, brak gumki we włosach- to ze strat;-)
Zuza była pogodna i wesoła przez resztę dnia. Kiedy mówiłam jej "czy idziemy do żłobka?" brała mnie za rękę i szła do drzwi, czyli może nie jest najgorzej. Dalsza część historii jutro. Melisę jednak sobie zaparzę przed spaniem, bo w byciu mamom okazuje się, że najważniejsze są jednak stalowe nerwy i megasiła. Jesus! i czasami naprawdę można siebie nie poznać.

dramat- część pierwsza

8.00. Żłobek miejski. Szatnia.Mama Kasia, córka Zuzia. Szafka, na której stoi autko. Zuzia krzyczy : Auto, auto, brum brum. Radość. Wokół pełno dzieci. Zuza zadowolona wyrywa dzieciom plecaczki.
8.10. Pani pielęgniarka: Proszę podejść. Podchodzimy. Autko na szafie dalej stoi. Zuza biegnie do autka. Woła: Auto, auto. Jest dobrze.
8.12 Pielęgniarka: To ja ją wezmę i wszystko sobie załatwimy. Mama Kasia: dobrze. Pielęgniarka bierze Groszka i.....oto w tm momencie następuje kulimnacja: płacz, ryk, krzyk. Zuza znika za drzwiami bawialni, gdzie jej "ryk" zlewa się z rykim 15 innych dzieci. Mama Kasia jest zdecydowanie za "miętka" ze wszytskich sił się powstrzymywała, żeby nie zacząć płakać, bo to by dopiero wyglądało. Dała radę. Zaczęła ryczeć dopiero w aucie;-)