piątek, 15 lipca 2016

s-pakowana

zakończyłam to, czego w wyjazdach nie lubię. Bo same wyjazdy uwielbiam. Niechęcią napawa mnie jednak pakowanie. Choć i tak uważam się za jego mistrzynię. Pod ostrym rygorem zabieram rzeczy najpilniejsze, nigdy nie brałam wanienki,grzejnika, nocnika ( no dobra raz pod namiot). Ogólnie udaje mi się spakować czterosobową   rodzinę w trzech walizkach i dwóch siatkach. Porównując ze zdolnościami mojej rodzonej mamy ( nadmienię, że swego czasu rodzice zakupili nawet przyczepkę do auta, bo mama nigdy nie miała miejsca) oraz słuchając wielu opowieści o rzeczach, które rodziny z dziećmi zabierają, muszę przyznać, że ojciec mych dzieci wprowadził reżim. Podporządkowałem się mu kilka lat temu i teraz już mam wprawę w minimalistycznym pakowaniu, którego i tak nie lubię. Zajęło mi tym razem kilka godzin, rozłożyłam sobie na dwa dni, żeby dozować sobie przyjemności. Na tej całej zohydzonej czynności skorzystały dzieci A i Z, gdyż podczas mojej wnikliwej analizy ile koszulek zabrać i czy cztery pary spodenek wystarczą, one dorwały się do komórki i podbijali kolejne rekordy w grze. Tak więc nie ma tego złego , ktoś musi cierpieć, żeby ktoś inny mógł się bawić. 

piątek, 1 lipca 2016

taki mały raj

niby nic wielkiego, niby nic długiego, a jednak warte upamietnienia. Po pierwsze, że zdarza się to raczej rzadko, aby dziecko A. I Z. wykazywały chęć do zabawy synchronicznej -tzn. razem w tym samym czasie. Po drugie jak już następują takie rajskie przebłyski to zazwyczaj trwają około 10 minut, a tu mija już 30 min i nadal się bawią. A po trzecie ten repertuar zabawowy jest zazwyczaj dość niechętnie przyjmowany przez syna, a tu proszę od pół godziny odgrywa rolę ułożonego, grzecznego ucznia przedszkola kierowanego przez najbardziej surową i wymagającą dyrektorkę - frau ZU. To są rajskie momenty mojego macierzyństwa .