poniedziałek, 30 września 2013

grzybiarki

Nowa fucha. Zawodowe zbieractwo nam nie grozi, ale pod wpływem córki została zorganizowana wyprawa w polskie lasy. Przekładana kilkakrotnie w końcu doszła do skutku . Łatwo nie było, bo wstać trzeba było wcześnie, miejsce zagrzybione znaleść, nie przejmować się cynicznymi komentarzami , że się potrujemy, że sie nie znamy, że co to za wyprawa z zuzą, że co my tam niby znajdziemy. A jednak przyjechaliśmy z koszem i około 6 kg borowików, podgrzybków i sitaków. Wszystko już oczyszczone, nawleczone i suszone. Ha, takie z nas grzybiarki . Choć my z ZU byłyśmy raczej w tyle, oko miała ciocia Ola, ale ostatecznie przebił ją tata Adam, który odnalazł prawdziwe złoże sitaków. 

niedziela, 22 września 2013

hand made japan

Pięknie zlepione, smacznie zrobione przez mężczyzn ubolewających nad " tragedią współczesnego mężczyzny". Zaliczone. Można zapraszać ludzi...

środa, 18 września 2013

larmo

ja nie wiem jak my to robimy. Nie wiem, czy jesteśmy w tym wyjątkowi. Nie wiem, czy inni też tak mają. Nie wiem czy zasługujemy na słowa uznania czy politowania. Ale fakty są jakie są: u nas w doma je larmo!!!A po polsku u nas w domu panuje chroniczny wysoki poziom stężenia decybeli, wydawanych przez wszystkich.
Przez dzieci, przez matkę, przez ojca. Na szczęście gady- żółwie- siedzą cicho w akwarium. Choć nie, one też się tłuką ciągle o kamienie!!
Wchodzę do klatki i już na parterze słyszę, że "u nas w doma je larmo"! Ciągle ktoś krzyczy, ktoś gada, ktoś piszczy, ktoś śpiewa. Już mi tak łeb nawala, że wyeliminowałam TV. Włączam dopiero jak młode śpią, bo nie ogarniam tego natłoku dźwięków, tego nieustannego jazgotu. Bo albo ktoś pyta, albo płacze, albo drze się w fochu, że coś chce.
A ja już nawet w "kiblu" nie mogę się skryć, bo młoda umie otwierać drzwi, dorosła do klamki,a młody zagląda przez wywietrzniki w drzwiach na dole i drze się przez nie: mama, mama!!
Nie mogę już dłużej pisać, bo znów wkracza "larmo". ( Zuza tłucze klockami, a do tego śpiewa sama do siebie, bo układa wieżę,a przecież tego nie można robić w ciszy! Kto to widział budować wieżę, bez gadania do samej siebie!)

piątek, 13 września 2013

sezon na rajty

niestety rozpoczęty. Dziś nadszedł ten dzień, kiedy z żalem serca musiałam ubrać Antkowi "rajty po domu", bo się robi szaro- buro i zimnawo. Generalnie nie lubiłam dzieci biegających w rajtach. Walczyłam z tym dzielnie, kiedy Zuza zaczęła chodzić do żłobka, ale ponieważ była to walka z wiatrakami, bo za każdym razem jak ją odbierałam to i tak była w rajtach, poddałam się. To mnie przerosło, byłam za słaba.
Teraz czekam tylko z utęsknieniem na dzień, kiedy jest ciepło i można chodzić bez rajtów, a z żalem witam te dni, gdy rajty trzeba zarzucić. I tak było właśnie dzisiaj. Dzień żalu. Do tego Zuza też wstała w nastroju godnym jesieni, bo od rana kwiczała, że nikt jej nie lubi w przedszkolu, i nawet Patryk "już lubi ją mniej". Więc deprecha na całego.
 Antek miał dla odmiany lepszy humor, żeby zachować równowagę, ale kiedy przyszła miłosierna Agata, wybawczyni nasza ( bo zapomniałam donieść, że Anti po tygodniu powrotu do żłobka przywlókł infekcję  i gdyby nie długo utrzymująca się gorączka matka "doggie houser" dałaby radę), darł pantofla, ale podobno potem było w porządku. ( ale miłosierna Agata mówiła tak codziennie, więc nie wiem czy jej wierzyć czy nie;-)))A miłosierna dlatego, że poświęciła swój ostatni tydzień wakacji przed studencką ciężką pracą, aby wybawić nas, zagrożonych w pracy, przed l4 w pierwszym tygodniu).
W międzyczasie  tej jesiennej depresji Anti rozwalił głowę, mała krecha na czole, nadział się na stół, plastry ściągające dały radę trzy dni i zerwał sobie sam, a kazali przyjść na zdjęcie do lekarza. Okazał się zdolniejszy.
Tak więc tym optymistycznym rajtowym akcentem kończę ten piątek trzynastego i padam na twarz ( tu się śmieje ojciec dzieci), bo tak ( też do ciebie ojcze dzieci) jestem zmęczona i tak ( też do ciebie ojcze dzieci)szaleją mi hormony!!!więc bij na rajty.....

czwartek, 5 września 2013

matka w służbie zdrowia

przede wszystkim prowadzi notes, bo ilość dat, poradni, numerów telefonów, nazwisk jest tak duża, że nawet taka "miszczyni organizacji" jak ja się gubi. I tak już przeoczyłam jedno szczepienie młodego, ale nadrabiamy jutro.
Po drugie, taka matka musi przed wyjściem do specjalisty wypić melisę, wziąć relanium do torebki, bo czekać zawsze trzeba trochę, dziecko czym starsze, tym bardziej niecierpliwe,a wokół dwa miliony takich dzieci. Ponadto panie głównie rejestratorki zawsze są przepracowane, zniecierpliwione, i wkurzone, że w ogóle my tam jesteśmy (my= pacjenci).
Po trzecie, taka matka mogłaby sobie nagrać na kasetę historię choroby, bo trzeba ją powtarzać każdemu specjaliście. Wtedy szło by to sprawniej, bo każdy by włączał taką kasetę i już leci, bez gadania, bez zacinania, bez pomyłek, czy to nerka lewa czy prawa, czy rozpoznane teraz, od kiedy to trwa i po co w ogóle przyszliśmy.
Po czwarte, matka nie może narzekać, bo ludzie są milsi dla tych nie narzekających. I tak UWAGA!!! ja trafiam na samych fantastycznych lekarzy, nie prywatnie, którzy są mili, sympatyczni i pomocni. Nigdy nie dramatyzuje, nie histeryzuje, wierzę im , że się znają  i nie narzucam diagnozy. Może dlatego zawsze mnie słuchają i naprawdę pomagają. I tak na chwilę obecną nie narzekam na służbę zdrowia, tylko na to, że moje młode pisklaki jakieś takie wybrakowane i tyle trzeba latać, ale i z tym damy sobie radę, bo moja dewiza życiowa brzmi : inni mają gorzej.