poniedziałek, 23 lipca 2012

filozofia wyjścia

Niby banalna rzecz. Ot zwykłe wyjście z domu, ale dzisiejszy dzień natchnął mnie do tego, aby spojrzeć na sprawę nieco filozoficznie. Przeanalizować różne jej aspekty.
Po pierwsze jest różnica pomiędzy wyjściem kobiet i mężczyzn. I nie chodzi tu bynajmniej o to, że jedni wychodzą po angielsku,a drudzy jak Zabłocki na mydle. Otóż tata wstaje, przeciąga się, wchodzi pod prysznic, narzuca pierwszy czysty t-shirt z szafki, potem buty i mówi jestem gotowy, wychodzę.
Mama wstaje, musi przygotować śniadanie, ogarnąć wszystko i wszystkich wokół, potem wziąć prysznic, ubrać coś. No właśnie coś, stoi przed szafą i duma, czy spodnie, czy spódniczkę, czy kolczyki, czy bransoletkę, jak już dokona tych strategicznych wyborów, to musi coś zjeść.
 Jeżeli owa mama ma jeszcze dzieci to sprawy się jeszcze bardziej komplikują, czyli kolejna różnica, między mamami, a nie mamami. Jeżeli tych dzieci jest jeszcze więcej sztuk niż jeden to komplikacje się multiplikują. Bo do ogarnięcia oprócz siebie samej, co już jest nie najprostsze, dochodzą jeszcze dzieci. W czasie kiedy dziecko A jest gotowe, dziecko Z jest przygotowywane, tylko zanim dziecko Z jest ubrane, dziecko A jest już "obrzygane". Z kolei przebieranie dziecka Z wiąże się z tym ,że dziecko Z pije, bo pije jak smok wawelski, i się poleje komentując to: to wyschnie. I rzeczywiście najczęściej wysycha bez większych efektów, bo nauczona doświadczeniem preferuję wodę, ewentualnie wodę z sokiem, bo wtedy wysycha bez plam;-) więc dzieci ogarnięte, już przy drzwiach, jeszcze trzy powroty dziecka Z po zabawkę, najpierw Barbie, potem simba, potem torebka, potem kucyk, w końcu jest wybrane, więc można wychodzić. ( Kiedy jest przy tym tata, to różnicy większej nie ma, bo tata, pamiętamy, jest już dawno gotowy i czeka na nas przy drzwiach, przeglądając neta na komórce, każda chwila musi być wykorzystana;-)). Dziecko A na ręce prawej, dziecko Z za rękę lewą ( tu obecność taty pomaga bo prowadzi dziecko Z) na ramieniu dwie torby- ta z foremkami, i ta z gadżetami niezbędnymi. Potem jeszcze wytargać wózek i już sukces wyszliśmy jesteśmy na dworze. robimy trzy kroki, dosłownie trzy i dziecko Z komunikuje: chcę kupę!!!a prosiłam, a mówiłam Zuzia załatw się przed wyjściem, ale wtedy jej się nie chciało, przejście po schodach sprawiło cuda i nagle jej się zachciało- tak powiedziała. Trudno, targać się nie będziemy z powrotem, bo już dokonałyśmy kolejnego męczącego wyjścia, więc kupa była pod drzewem w  parku.
Tak więc wyjście oprowadza mnie do szału!!Samo bycie już "na zewnątrz" lubię, ale samo wydostanie się, napawa mnie o drgawki.
Kolejne różnice wiążą się z wyjściem rodzinnym a indywidualnym. rodzinne opisałam mniej lub więcej powyżej. Natomiast indywidualne też nie jest łatwe. Głownie znów z perspektywy mamy, bo tata nie ma z tym problemu, wykonuje swoje, opisane powyżej, czynności i po prostu idzie. Mama z kolei ma problemy związane z przygotowaniem siebie, a do tego dochodzi jeszcze pozostawienie dyspozycji tacie, ogarnięcie dzieci na takim poziomie, żeby tata po wyjściu dał sobie radę. Przygotowanie herbatek, deserków i innych gadżetów. Przekazanie wszystkich niezbędnych instrukcji...i można wychodzić. Dzisiejsze dopołudniowe wybitne problemy z wyjściem, apotem już przygody w trackie bycia "na zewnątrz", ale już nie będę się rozwodzić, spowodowały , że wymiękłam, padłam, rozpłakałam się i stwierdziłam, że dość!! wyszłam pierwszy raz od dwóch miesięcy sama!!!Bez dziecka A, bez dziecka Z, bez nikogo. Siedziałam na ławce w parku, łaziłam po parku bez celu, wypiłam kawę,wydzwoniłam do wszystkich,  odmożdżyłam się. Zadzwoniłam po godzinie, wróciłam po trzech. Było warto. Po powrocie cała pozostawiona trójka żyła, co prawda tata miał "obsrane" gacie i biegał w majtach, w końcu dziecko A ZROBIŁO KUPKĘ;-)))ale żyli, to najważniejsze. Pierwsze koty za płoty, teraz wyjścia indywidualne mamy będą już z górki.
Tak więc wyjść trzeba- czasami gromadnie, czasami samotnie, a czasami trzeba wyjść po prostu z siebie, żeby potem triumfalnie powrócić z tarczą, a nie na tarczy;-)

środa, 18 lipca 2012

dialogi

Przed wyjściem mama do taty: Umyj jeszcze Zuzie ręce i buzię.
Zuza: Dam sobie radę sama spoko.

I wtedy spojrzeliśmy z tatą na siebie i pomyśleliśmy: ale jesteśmy już "spoko" starzy, skoro nasze dziecko jest takie samodzielne!!

Spała u nas babcia. Rano jeszcze spała, a zuza nie i nosiło ją, żeby obudzić babcię, więc zaproponowała: Może tam wejdę i zrobię cip cip cip, kokokoko.

Chyba chodziło o to, że chciała byc kogutem, wpływ ostatniego wypadu na wieś?!

W telewizji leci mecz, jakiś bylejaki. Zuza: może zaprosimy jakiś gości na ten mecz?

Wpływ euro.

co dwie sowy to niejedna





sowy oraz inne ptaki i owady, i nie tylko do oglądania i kupowania tutaj ola-mola-crochet.blogspot.com

piątek, 13 lipca 2012

pucio pucio

czyli dwa ( mama i mama mamy;-))plus dwa ( dzieci Z i A) na tradycyjnych wakacjach "w Bukowinach" (cyt. za Zuzą). Było relaksacyjnie, bez wieści ze świata, gorąco, słonecznie i burzowo. Z tym ostatnim był dość duży problem, bo Zuza bardzo się bała i następowało rytualne oswajanie burzy przez snucie różnych magicznych opowieści tłumaczących konieczność występowania burz oraz fakt, że nie są groźne (dobre sobie, a mama sama chowała się pod kołdrą w nocy). Zakończyło się tym, że Zuza nadal reagowała krzykiem na grzmoty, ale o mniejszym i trochę krótszym natężeniu, ale w zamian zaczęła się bać też deszczu, a na każdy usłyszany dźwięk reagowała pytaniem : co to za dźwięk? A i cały czas patrzyła w niebo wypatrując jakiego koloru są chmury i czy przypadkiem nie spadnie z nich deszcz. Przez to patrzenie w chmury i swoją ogólną  niefrasobliwość zaliczyła milion upadków, a jej kolano ma bruzdy na 5 milimetrów głębokości, z której krew tryskała strumieniami, ale plaster to jej kolejny wróg i przyklejenie go było niemożliwą ostatecznością.
Dziecko A. z kolei okazało się urodzonym podróżnikiem, bo o ile w domu zasypianie w ciągu dnia ( bo wieczorem nie mamy z tym żadnego problemu, zasypia sam odłożony do łóżeczka)przychodzi mu dość opornie, to w podróży autem spał całą drogę, tak samo jak na wycieczkach w wózku czy na dworze przed chatką ( do 5 godzin ), potem jedzenie i dalej kimał. Tak więc nic tylko z nim jeździć.
A oto fotostory, bez większego polotu i bez większej myśli przewodniej, ale ten wyjazd sponsorowało właśnie takie odmóżdżenie zdjęć z komórki;-)






czwartek, 12 lipca 2012

gdzie to robiłam

- w domu- na krześle, na łóżku, na siedząco i na leżąco, w dużym pokoju, w sypialni, w kuchni- ale to wszystko schematy, nic nadzywczajnego, nuda.
- w aucie- na tylnym siedzeniu i na przednim, na parkingu, pod sklepami, wszędzie tam, gdzie dało się zatrzymać- ale mało komfortowo, ciasno, duszno, nieprzyjemnie.
- w parku- na ławce- cud natury, nienajgorzej.
- w banku- bo już  nie dało rady- na krzesełku w holu- żadna rewelacja.
- w poczekalni u lekarza- też małe krzesełko, pełno kichających dzieci i o dziwo!ojców im towarzyszących- żadna ekscytacja.

A wy gdzie to robiłyście?