czwartek, 18 kwietnia 2013

osiągi

zaległe, bo z zeszłego miesiąca, czyli sztuczki dziesięciomiesięcznego dziecka A. Teraz umie już więcej, bo mówi wyraźnie tata, auto, baba. A dziś nauczył się częstować wszystkich jedzeniem i wkładać innym smoczek, tudzież zabawki, do buzi.

fiu fiu

i tfu tfu, co by nie zapeszyć, ale od kilku dni mam dobrą passę. Bo dziecko A. już drugą noc z rzędu śpi całą bez obudzenia. Słońce świeci, wiosna przyszła i ohydne zimowe buty schowałam głęboko do szafy, żeby ich nie odnaleźć przez najbliższe pół roku. W pracy, po tym jak wyszarpałam trochę kasy z Unii Europejskiej o w końcu mam warunki jak w cywilizowanym kraju, papier markery mam, papier xero mam i to nawet w kolorze, laminator mam, nożyczki mam, komputer mam, rzutnik mam i ba! nawet internet mam. Da się, no da się! Ponadto zostałam pochwalona przez dyrekcję, nie osobiście do mnie przyszła, bo to by ja może jeszcze przerosło, ale powiedziała komuś, ten ktoś powtórzył mi i tak się dowiedziałam, Więc miło. Poza tym to trzymać kciuki, bo pojawiło się zielone światło w związku z pewną zmainą, którą planuję. A jak by mi się wszystko ułożyło tak jak sobie obmyśliłam, to już w ogóle byłabym szczęśliwa przez kilka dni nawet;-)) A i jeszcze udało mi się dostać na kurs włoskiego, na który się zgłaszałam ( darmowy dla vipów). I w ogóle cud miód i orzeszki. Jedyny minus to , że dziecko Z. trochę kaszle suchym kataralnym kaszlem, ale dziś rano też dojrzałam już pozytyw i w tym suchym cherlaniu, bo jakbym dosłyszała odrywającą flegmę, czyli jest dobrze, kaszlemy w kierunku progresywnym. Fiu, fiu.

poniedziałek, 15 kwietnia 2013

wiosna panie sierżancie





 made by zu

made by zu

i jeszcze to, co mi się ostatnio spodobało
PS. jest rozejm. sprawa postowa wyjaśniona. nic nas nie złamie;-)

czwartek, 11 kwietnia 2013

szczęście- post sponsorowany

ze mnie kipi, wylewa się na boki.
Jestem żoną, kochanką, przyjaciółką i matką dzieci NAJWSPANIALSZEGO CZŁOWIEKA POD SŁOŃCEM.
Wstaje jak tylko nasze dzieci jękna. Jest na nogach o 5. 30, żebym ja mogła dalej przerzucać swój gruby zad w łóżku. Przygotowuje mi dietetyczne śniadanie, gdyż dba o moją linię i zbędne kilogramy ( dysponuje kompromitującymi moją wagę zdjęciami). Od samego rana pozytywnie mnie motywuje i wspiera, że już nie wspomnę o ciągłych komplementach. Kwiatach, prezentach i w ogóle wszystkim, co czyni mnie najcudowniejszą kobietą na świecie.
Ponadto wynosi śmieci, robi zakupy, sprząta. Jest nieprzeciętnie zdolny, tryska dowcipem, zawsze jest w dobrym humorze. A do tego kipi seksapilem i jest zabójczo przystojny.
Jeżeli o czymś zapomniałam to tylko przez wrodzoną skromnośc, żeby inni/e mi aż tak bardzo nie zazdrościli/ły. No i żeby nie było im przykro, że ja mam takiego ideała, a one zwykłego "faceta".

To specjalnie dla Ciebie. Całuski ;**

środa, 10 kwietnia 2013

koryto

cierpię na brak weny.W związku z powyższym płynę z prądem i dołączam się do częstych ostatnimi czasy wpisów o misie. Bo to tu to tam zauważam, że temat koryta pojawia się ostatnio często i gęsto. Jakoś nasz naród polubił na nowo nowobogackie żarło. Nie mówię, że to źle, nawet jestem skłonna delikatnie powiedzieć, że się wpisuję w te nowe świeckie tradycje. Od czasu do czasu lubię poeksperymentować, pościągać przepisy. No i jeszcze hołduję zasadzie, że za każdym razem jak zapraszam gości to robię coś nowego, co często bywa dość ryzykowne, ale tak już mam. Zazwyczaj goście kurtuazyjnie mówią, że im smakowało. Czy kłamią? Czasami myślę, że trochę, ale na plus zapisuję sobie to, że jeszcze nikt się nie potruł. Moje kulinarne myśli są nawet tak dalekie, że jednym zmoich marzeń jest prowadzenie swojego czegoś, gdzie można by "żreć".
A teraz będzie o korycie dzieci, bo w  blogowej sferze, którą ogarniam temat jest z tych hot. Nie jestem ekspertką, bo nawet więcej nie znam się na karmieniu dzieci! Zu, jako pierwsza, była karmiona najpierw butlą, niestety cyc się zestresował, a potem słoiczkami, które kupowałam zgodnie z informacją na nich, czyli od 4 miesiąca, od 6 i tak dalej. Na początku byłam tak rygorystyczna, że nie dałam słoiczka od 5 miesiąca wcześniej niż Zu rzeczywiście skończyła 5 miesięcy, co z dzisiejszej perspektywy wydaje mi  się idiotyzmem, ale cóż, człowiek rodzi się głupi....Mój rygor został też wyśmiany przez moją mamę w związku z czym kolejne słoiczki zostały wprowadzane bez dokładności co do dnia. Równocześnie ze słoiczkami Zu dostawała różne rzeczy do podgryzienia, najbardziej lubiła ogórki kiszone. Nie zabraniałam tez podawania jej czekoladek w rozsądnych ilościach, co zaskutkowało tym, że na dzień dzisiejszy mogą przed nią stać słodycze zje jeden, dwa cukierki i wystarczy bez strofowania i chowania przed nią cukrów. Piła zawsze wodę i herbaty ziołowe, czasami soki. I tak też jej zostało, lubi pić wodę, soki okazjonalnie są ,ale nie upomina się o nie. Oczywiście był okres jedzeniowego buntu, nie jadała owoców, warzywa je tylko w zupach, ale żyje , nie choruje, więc wnoszę, że nie jest źle.
Anti, jako drugi była karmiony cycem, a od 6 miesiąca dostawał to, co my. Słoiczków nie było w ogóle, początkowo przez miesiąc gotowałam oddzielne zupki tylko dla Antka, ale potem ze względu na dość dużą żarłoczność młodego, dostał kluskę, przeżył, więc stwierdziłam, że może jeść i będzie żył. I zaczął jeść to , co my, tylko zbindowane w związku z brakiem zębów do tej pory. I że jeść lubi, do niejadków nie należy, musi spróbować wszystkiego tego, co my mamy na talerzu. Pije niedużo, ale jak juz to tylko wodę, soki jakoś mu nie podchodzą.
Tak więc śmiem twierdzić, że moja "intuicyjna dieta korytowa młodych" jakoś funkcjonuje i mogę być z siebie dumna.
enjoy!

środa, 3 kwietnia 2013

kto rano wstaje

ten jest sfrustrowaną matką, co by sobie chętnie poleżała jeszcze w łóżku, przekulała się z lewego boku na prawy, bo na zegarku dopiero 5. Ale ta matka musi wstać, bo dziecko A. już (tradycyjnie) wstało.
No to lecimy z tym koksem.
Dziecko A. wstaje jak szwajcarski zegarek między 5 a 6. Dni kiedy wstał o 7 można by policzyć na palcach jednej, no dobra dwóch rąk, czyli licząc, że ma 10,5 miesiąca to wcale ich tak dużo nie było. Jego regularność jest tak zaskakująca, że raz gdy pospał do 7 to zaspaliśmy wszyscy, bo matka się nie zbudziła, bo syn jej nie zbudził. No to już niezadowolenie z powodu przedwczesnego wstawania mamy za sobą. Frustracja narasta, bo uwaga!!budzik taty dzwoni dopiero o 7.10. Do tego czasu przewala się z jednej strony na drugą i jeszcze rzuca fochami, że go z Antkiem budzimy. Do 7.10 dziecko A. już jest ubrane, matka  jest już ubrana i dziecko Z. jest budzone. Tu kolejny punkt- krzyk. Wcześniej przy ubieraniu drze się dziecko A., a do tego ucieka, więc łapię każdą jego kończynę i klnąc na przemian, licząc do 10 łapię go po całym łóżku, później wrzeszczy dziecko Z. , bo nie che wstać, nie chce ubrać tej bluzki tylko inną, nie chce ubrać spodni, tylko spódniczkę, nie tą spódniczkę tylko tamtą. Potem jest rozczesywanie włosów, siłowa próba grzebienia. Kolejny punkt pertraktacje - czy może zabrać śnieżkę,czy lewka, czy kucyka.
Działamy dalej. Pakujemy kanapki, zabieramy laptopa, ogarniamy siebie nawzajem.
A tymczasem tata leniwie wstaje idzie pod prysznic. Zamyka drzwi na zamek, pluska się około 15 minut. Potem ubranie 5 minut i około 7. 30 stojąc ubrany przy drzwiach komunikuje, że jest gotowy. A matka wypluwa ostatnie resztki przyzwoitości i porannej cierpliwości.
Na szczęście udaje się nam wsiąść do auta i jak zwykle na ostatnie minuty rozwieść towarzystwo po żłobkach, przedszkolach i zdążyć do pracy minutę przed ósmą. Cud. Wchodzę do sali, ściągam kurtkę i patrzę a tu glut na rękawie od swetra, glut na nogawce. To by było tyle ze strat. Ale podobno nikt oprócz mnie tego nie widzi;-)
I tak codziennie!!!