sobota, 12 sierpnia 2017

nie zabieraj tego!

unikam postów moralizatorskich, poradniczych, doradczych, bo nie czuję się matką ekspertką i wydaje mi się, że wciąż niewiele wiem. Ale  nadszedł ten moment, gdy chce się z Wami podzielić swoimi jakże "celnymi uwagami" dotyczącymi rodzicielstwa. Będzie o pakowaniu. Punkt pierwszy, o którym juz chyba kilkakrotnie wspominałam, nie cierpię się pakować. Punkt drugi, ojciec dzieci jest minimalistą ( no może nie w kwestii ilości potomstwa, ale w pozostałych już tak). Z połączenia tych dwóch rzeczy powstanie garść porad o tym, czego nie warto ze sobą pakować, a dzięki czemu nawet rodzina z kartą dużej rodziny nie musi brać ze sobą przyczepki, wystarczy tylko bagażnik dachowy;-)
Po pierwsze- nie trzeba brać ze sobą tony zabawek dla dzieci. Te starsze mogą się spokojnie bawić patykami, liściami, starymi butelkami i pojemnikami po jogurtach, a niemowlakom wcale niepotrzebne są grzechotki, bo i tak lepiej bawią się chusteczką nawilżaną, łyżeczką czy pustym, metalowym pudełkiem po cukierkach, które zjadły te starsze dzieci.
Po drugie- nie zabieraj ze sobą wszystkich słoiczków dla niemowlaka, bo przy intensywnym zwiedzaniu i tak nie ma czasu na ich podanie, a podgrzanie to już w ogóle zawracanie głowy. Wystarczy cyc i karm matko i delektuj się kilkoma czynnościami mniej, w stylu mycia butelek, łyżeczek no i jeszcze prania tych wszystkich śliniaczków i upapranych ubranek. Dziecko przeżyje, a bagaż będzie lżejszy.
Po trzecie- jak już jesteśmy przy ubraniach, to uważam za zbyteczne branie parzystej liczby ubrań zapasowych. Bo świat się nie zawali ( tak, nie zawalił się) jak dzieci chodzą w lekko ubrudzonych spodenkach czy w koszulce z kleksem z loda. Szczególnie jeżeli większośc czasu i tak spędzasz na plaży, czy na wsi, a nie w muzeum w Luwrze.
Po czwarte- zbyteczne będą wszystkie cudowne kosmetyki do ciała dla matki typu balsamy, żele, maseczki, że to niby wieczorem zrobisz sobie spa, bo czasu więcej. Nie daj się oszukać! Żadnego spa nie będzie, bo czasu wcale nie jest więcej, a za dzieckiem na wakacjach musisz biegać tak samo, jak w domu, albo i więcej, bo może się jeszcze utopić w jakiejś sadzawce, więc taplasz się cały dzień w wodzie, że skórę masz raczej jak żaba, a wieczorne spa to poduszka, na którą padasz twarzą do dołu, of course!
Po piąte- wszędzie są sklepy i gdy czegoś zabraknie, skończy się lub nie daj boże, jednak zaczną ci przeszkadzać koszulki brudne od lodów, to możesz skoczyć tu i tam i nabyć to, czego potrzebujesz.

To o czym zapomnieć jednak nie możesz to melisa i dużo chusteczek nawilżanych, bo na wakacjach z dziećmi będą ci potrzebne, pozwolą wyjść z twarzą -czystą- z wielu sytuacji!

środa, 26 lipca 2017

o tym, jak nie było

wróciliśmy, przeżyliśmy, choć łatwo nie było, ale kto jak nie my dałby sobie radę. Pot lał nam się z czoła i to bynajmniej nie z upałów. Leciały przekleństwa i to nie z powodu emocjonującego wydarzenia sportowego. Bo "wakacje" z naszymi "koneserami toalet" to jest jakby oksymoron, to tak jakby mówić o ciepłych lodach czy słonecznym Bałtyku. I na pewno na tych dynamicznych "wakacjach" w naszym powiększonym składzie nie było:

spokojnie- to pojęcie jest zbyt abstrakycjne dla" koneserów toalet". Mam takie wrażenie, że spokój wyprowadza ich z równowagi. A już spokój rodziców jest im całkiem obcy. Wchodzimy gdzieś niby spokojnie, błagamy konesreów o stwarzanie chwilowych pozorów, ale zaraz po przekroczeniu progu jakiegokolwiek miejsca koneserzy od razu muszą iść do...toalety. I ten pozorny spokój mija, bo ty mówisz już chwileczkę, zaraz, zajmijmy stolik, kupmy bilety, ale koneserzy nie uznają zajmowania stolików czy kupowania biletów, oni musza rozpocząć zwiedzanie natychmiast. A toalety uwielbiają. W te "wakacje" zwiedziliśmy ich setki, bo i byliśmy w wielu miejscach. W przypadku syna ten "wewnętrzny nepokój pęcherza"był tak duży, że zaliczyliśmy też sporo drzew i krzewów.

refleksyjnie- ale, że co, że chciałabym pomyśleć nad sobą, nad nami, nad światem patrząc się na fale? no chyba śnisz! Koneserzy jedyną refleksję mają nad wyborem zestawu lego i przekalkulowaniu, ile im zostanie jak kupią jedno pudełko i czy wystarczy im na jeszcze coś.( Bo w tym roku koneserzy wszystko mieli sobie kupować za swoje pieniądze. I to było odkrycie i złoty strzał, bo córka, która należy do umiarkowanych filantropów, dochodziła do olśniewających myśli, że wydanie 14 zł za 5 minut skakania na dmuchańcu to jest "lekka przesada i zdzierstwo")Tak więc jedyna refleksja na jaką mogłam sobie pozwolić, to pięć minut w samotności, w sklepie spożywczym i chwila zadumy nad tym,ile bułek kupić, tam koneserzy nie wchodzili, choć oczywiście chcieli, ale udało mi się uciec.No i nie ma tam toalet;-)

powolnie- spacer to pojęcie, które w naszym przypadku nabiera nowego znaczenia. Bo albo musisz gonić za hulajnogą, albo za którymś z koneserów, który oddala się w kierunku jakiejś niebywałej atrakcji, którą właśnie dojrzał. Istnieje też opcja, ze biegniesz z wózkiem, bo najmłodsza z koneserów ( tak ona też robi kupę w najmniej oczekiwanych momentach i przewijanie na przednim czy tylnym fotelu samochodu, w deszczu czy wietrze to już żadne wyzwanie) lubi prędkość, no i jak coś się dzieje.

cicho- gadanie to by jeszcze nie był aż taki problem, ale koneserzy dzielą się zadaniami. I tak koneser A. gada lub jęczy, bo ma niezliczoną ilość problemów ( tak, jasne), zaś koneserka Z. śpiewa, krzyczy, non stop się śmieje, co denerwuje konesera i zaczyna jeszcze głośniej jęczeć, koneserka jeszcze głośniej śpiewać i tak w koło. A do tego włącza się najmłodsza z koneserów, której momentami przeszkadza już wszystko, a jak wszystko przeszkadza to pomagają kołysanki, więc do tej "ciszy"dołączam ja matka i moje "aaaa, kotki dwa". Morza to mogę sobie posłuchać teraz na youtubie.

Tak nie było. I nie wylegiwaliśmy się, i nie odpoczywaliśmy, i nie nudziliśmy się. Bo byliśmy na wsi, gdzie była cała rodzina i zmieściliśmy się z czwórką innych dzieciaków  w jednym domu, bo przeżyliśmy inwazję komarów w naszym wakacyjnym domku,bo co chwilę się zbieraliśmy w poszukiwaniu skateparków, bo płynęliśmy promem, bo zwiedzaliśmy Kopenhagę nawet w ulewnym deszczu, bo odwiedziliśmy najlepszy budynek na świecie w Szczecinie, bo raz pływaliśmy w morzu. Bo pakowaliśmy się, co cztery dni. Bo tak fajnie się zmęczyliśmy;-)

poniedziałek, 17 lipca 2017

jestem na wczasach

wytargał nas wiatr, wyjście z domu oblewa mnie potem, torba, którą dźwigam waży z 10 kg jak nic, a i tak nie mam wszystkiego, standardowo zaraz po ubraniu czegoś świeżego dziecko H. puszcza pawia na mnie i na siebie, dzieci Z. i A. kłócą się o wszystko od tego, że oddychają "na siebie" po to, że w ogóle są rodzeństwem, a do tego wszystkiego atakują   nas tabuny komarów, co jest dopełnieniem tej sielanki, zwłaszcza jak ma się uczulenie na ukąszenie komarow( odkryłam, że dziecko A. też ma). O czym to ja mówiłam? A że jestem na wczasach....

środa, 5 lipca 2017

love song for halina

chyba już się poznaliśmy- wszyscy. My wiemy na co stać dziecko H, a ona wie na co może liczyć z naszej strony. Halszka, jak każdy, ma lepsze i gorsze momenty. Jakoś tak skłonna jestem mówić, że tym razem jest tak mało różowo, ale poprzednio spontanicznie też tak mówiłam. Nowością przy trzecim dziecku jest większa świadomość, że wszystko mija, że wszystko może się zmienić, że wszystko jest jakoś tam takie same. Dlatego też wiem, że z perspektywy czasu pewnie będę mówiła, że wcale nie było tak źle, tak jak teraz mówię o niemowlęctwie Zuzy i Antka, choć wtedy oczywiście narzekałam, a jakże. Mając to wszystko na uwadze, Halszka jest żarłokiem, bardzo towarzyskim i pogodnym. Z tą pogodą ducha, to trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, że radość sprawia jej towarzystwo stałe, ciągle, bez przerwy, wtedy jest radość. Gorzej, jak musi zostać sama. Zwierzę stadne. Ponadto doskonale opanowała sztuczkę przewracania z pleców na brzuch, a w drugą stronę narazie słabo, więc stale musi ktoś ją obracać. Poza tym picie z butelki wody idzie jej coraz lepiej, a od dwóch dni wykazuje też zainteresowanie innymi produktami niż cycowe mleko. Nie ukrywam, że kamień powoli spada mi z  serca. Halszka jest też od urodzenia wybitną "stękaczką". nie tyle gaworzy, ile dużą stęka, wydaje długi, wyjący głos. No i uśmiecha się, uśmiecha, uśmiecha.

wtorek, 20 czerwca 2017

po kapciach mnie poznacie

syn był u fryzjera. Po powrocie był bardzo podekscytowany swoim nowym wyglądem. Cały czas chodził i się przeglądał, poprawiał , no cudo. Mówię mu: no super wyglądasz! Jutro w przedszkolu chyba cię nie poznają! Na co on mi odpowiada: no co ty, poznają przecież po kapciach!! Jak to dobrze czasami sobie przypomnieć, że życie jest takie piękne i proste- dziś się nie czeszę, wszyscy i tak patrzą na kapcie:-) 
Fryzura na piłkarza;-)kto to?

czwartek, 15 czerwca 2017

nie jestem anna

i brzuch mi zwisa. I może nie do końca mi to zwisa, że on tak wisi, ale też nie rwę sobie włosów z głowy, bo one same wypadają. I wcale się nie błyszczą tak, jak Annie. A i uśmiechu takiego też nie mam, że niby leżę, pachnę i rozkoszny różowy pulpecik kwili obok mnie, ewentualnie milcząco towarzyszy mi w spacerach w wózku. Owszem pulpecik jest, ale milczy około 20 minut, a  mój przejaw kobiecości, czyli sprytny strój, w którym łatwo i szybko można stać się chodzącą butlą, obrzyguje w 20 sekund po skończeniu karmienia. I zawsze rzyga akurat tam, gdzie nie mam zarzuconego uwielbianego przeze mnie dodatku odzieżowego- pieluchy tetrowej. Wracając do brzucha, Anna urodziła niedawno, ja dawniej, a nawet w czasach prehistorycznych, a on dalej dynda. Nie powiem próbuje udawać annę i raz na jakiś czas podejmuję próby rekordów brzuszkowych, ale mój osobisty trener, a raczej trenerka szybko się nudzi, gdy to ja biję rekordy i zazwyczaj po 3 minutach włącza syrenę alarmową, że mam już kończyć. Chyba lubi mnie taką " zwisającą". Nie wiem jak ta matka Anna to zrobiła, że rach ciach wróciła do swoich przedmatczynych zwyczajów, bo ja się od dwóch miesięcy umawiam na jedną rundkę squasha i jeszcze nie dotarłam. Może dlatego mi ciągle "zwisa" i dynda, a nie rzeźbi się matka posąg znad Wisły. W moim domowym instagramie nie ma takich filtrów, które zamaskowałyby to, że codziennie wieczorem najchętniej odfrunęłabym na swojej miotle czarownicy gdzieś w stronę księżyca. Na pewno NIE JESTEM ANNA.

wtorek, 6 czerwca 2017

pękam

dziś pewna pani powiedziała mi, że lubi jak opowiadam o swoich dzieciach, bo robię to tak szczerze i mówię o ich wadach, a wszystkie inne mamy, które zna tylko wychwalają swoje dzieci. Cóż takie krytykanctwo wyssałam chyba z mlekiem matki;-), i mając to na uwadze staram się umiejętnie przerabiać te barwne opowiadania o wadach kanuflując w nich zalety. Trudne? Też tak myślę. Ale teraz otwarcie i jak by nie ja przyznaję, że dziecko Z. jest urodzoną gwiazdą. Właśnie wróciłam ze szkoły, gdzie mieli pokaz swojego przedstawienia, w którym dziecko Z. grało jedną z głównych ról. I tak muszę to powiedzieć- bije resztę na głowę! Ma prawdziwy talent aktorski, a scena to jednak jest jej żywioł. I tak pękam z dumy!!