niedziela, 28 września 2014

akcja operacja

Zuza: Narzędzia proszę.
Po czym udała się po skrzynkę z narzędziami Antka i przystąpiła do operacji....





czwartek, 25 września 2014

dowcip syna

Syn A. jest raczej poważny, a na pewno różny od córki. Jest zdystansowany, uparty dwa razy mocniej, ma przenikliwe spojrzenie i kokietującą  minę. Jego poczucie humoru jest dojrzałe i nie śmieje się z byle czego, tak samo jak nie pokazuje swoich umiejętności na zawołanie. Szanuje siebie.
Ale wczoraj zaskoczył nas ironicznym podejściem do świata.
Antek lat 2 i cztery miesiące.
Wracam w  aucie do domu. Dzieci jak zwykle gadają jedne przez drugiego, Zu jak zwykle dyktuje, co to my dla niej mamy zrobić po powrocie do domu, zapominając dodać , co też ona zrobi dla nas ( ale to standard).
Tata:Zaraz się zdenerwuję i zrobię tu tornado. Już mi ręka lata.
Antek: (Śmiech). Mi też lata. ( Ruszając ręką).

Antek uparł się, że chce lizaka. Oczywisćie nie chcieliśmy mu kupić. Był krzyk, lament. Wchodzimny do domu, syn się trochę uspokoił, ale lizak dalej jest na tapecie.
Tata: Jak chcesz lizak to musisz mieć pieniądze. Masz pieniądze?
Będąc w przedpokoju widziała, jak Antek szuka czegoś w mojej torebce. Wyjął portfel. Idzie do taty i mówi:
Chodź po lizaka, mam pieniądze. (Trzymając w ręce mój portfel).

Poczułam zagrożenie, bo to dopiero dwa lata, co on będzie mi kradł tej kasiory. Jego konsekwencja w dążeniu do celu jest jego znakiem rozpoznawczym.

środa, 17 września 2014

przed-szkolne anegdoty

o tym, że moje starzenie dzieje się w astroidalnym tempie, prędkości księżycowej, długości dźwięku i tak dalej żaliłam się tu już nieraz. Ale teraz nastąpił kolejny przełom. Otóż w tym roku czeka nas wybieranie przedszkola dla dziecka A. oraz, o zgrozo!, szkoły dla dziecka Z. I to drugie przyprawia nas, a przynajmniej mnie, o dreszcze, gorączkę, ból głowy i ogólnie objawy przygnębienia. Powodów jest kilka- po pierwsze wspomniane już wcześniej starzenie się, po drugie, że nie mam zielonego pojęcia, gdzie to dziecko zapisać, po trzecie, że znowu trzeba będzie coś wypełniać, wypisywać, zanosić, a po czwarte i najważniejsze, że to dziecko nasze to jest dzik i może być  taka sytuacja, że tolerancja miłych pań z przedszkola przerodzi się w skargi poważnych pań nauczycielek oraz klasyczne świecenie oczami przez niezdarnych rodziców.
Powody obaw? Proszę bardzo takie oto anegdotki pokazujące powagę sytuacji. Nie obawiam się, że Zu do szkoły nie jest gotowa. Wręcz przeciwnie odlicza dni do momentu kiedy będzie mogła w końcu iść do tej szkoły,  z tym plecakiem, a tam biegać po tym wielkim korytarzu. Bo dla Zu najważniejsze w szkole jest to, że będzie przerwa, i że ona będzie mogła szaleć na tym wielkim korytarzu, aż jej fanki padną z wrażenia ( tak fanki, Zu ma parcie na szkło cały czas nieustannie i zamiast mówić koleżanki nazywa je fankami, a sama marzy o występie w "Mam talent" ze swoją autorską piosenką po angielsku. Może kiedyś wam zaśpiewa;-)).
Pełni obaw, co to może się tam dziać wspomnieliśmy kiedyś, iż sądząc po jej zachowaniu to będzie miała takie specjalne miejsce, zaraz przy pani biurku. Ale na niej to nie zrobiło wrażenia. Wręcz przeciwnie powiedziała, że bardzo ją to cieszy i nie ma nic przeciwko, żeby siedzieć przy pani.
I na koniec na deser zadanie domowe. Zostaliśmy poinformowani, że teraz w ramach wdrażania dzieci w systematyczność odrabiania zadań, nasze zerówkowe dzieci będą otrzymywać zadanie domowe. No i niby fajnie. Zuza w drodze powrotnej do domu, nagle ni z gruszki, ni z pietruszki, wyskakuje: chyba miałam jakieś zadanie domowe, coś z liściami. Matka: ale co? masz nazbierać? Zu: no nie wiem, ale coś GADAŁA o liściach jakiś. Nie wiem, czy mam zebrać trzy, czy narysować, czy przykleić? A no nie wiem.
I to by było na tyle w temacie zadań.
Więc jak widać jesteśmy przygotowywani , systematycznie, na bycie rodzicami świecącymi oczami, zaliczającymi braki zadani, i tymi o których to się opowiada w pokoju nauczycielskim, że sobie rady nie dają, że nic nie wiedzą i takie tam srutututu.

czwartek, 11 września 2014

klęska urodzaju

nic się u mnie nie dzieje. Nie ma o czym pisać, ale stwierdziłam, że tęsknię za waszymi komentarzami, więc napiszę o tej twórczej posusze, żeby uzyskać od was jakąś motywację, inspirację.
Bo tworzenie wymaga fermentu. Coś musi się dziać, zmieniać, być w procesie, żeby inspirować. A u mnie kicha!!
Codziennie to samo według grafiku. Dzieci dalej w takiej samej dziczy, Antek nadal wakacjuje u babci, więc mam, że tak powiem komfort posiadania tylko jednego dzikiego dziecka.
Jedyne co się u mnie zmienia to hormony, które nigdy nie były moją mocną stroną i zawsze mną manipulowały. I tak jeszcze wczoraj w nocy przeryczałam całą bijąc się  z myślami, że jestem wyrodną matką, bo cały czas pracuję, bo znowu napchałam sobie trzy tony zajęć. A dziś już znowu przypływ endorfin i pozytywne myślenie, przynajmniej teraz, że wszystko tak super ogarniam, że zdrowa jestem i że w ogóle do przodu i tyle. Czekam do wieczora, z niepewnością.
I taka to ci klęska twórcza u mnie...

środa, 3 września 2014

powrót do żywych

pracujących i szczęśliwych matek,które mogą wyjść do pracy dopić tam zdecydowanie więcej kawy niż w domu o temperaturze conajmniej letniej, a nie zimnej. Jest też możliwość chodzenia przyzwoicie ubranym do popołudnia, aż odbierzemy dziecko z rożnych instytucji, gdzie je rano podrzucamy. Bo w niektórych pracach nikt nie wyciera w ciebie glutów, nie wyciera rąk umazanych czekoladą w twoje spodnie, ani nie traktuje twojej bluzki jak ścierki do wytarcia buzi oblepionej uwielbianym przeze mnie lizakiem. Poza tym z pracy można zawsze gdzieś wyskoczyć na miasto , do ulubionego sklepu- dodajmy bez dzieci- bo na nowo otwarli moje ulubione instytucje. I oczywiście czasami te instytucje pozostawiają wiele do życzenia, oczywiście zdzierają kasiore(za jakieś karty pracy muszę zapłacić 110zl, a do tego bibułki, kredeczki, kleje, kartki i inne duperelki), ale pomimo wszystko- uwielbiam je. Bo dzięki nim mogę przebywać wsród ludzi, którzy niekoniecznie chcą siku akurat, gdy wychodzimy z domu, a kupę zaraz za pierwszym rogiem. Lubię wrzesień, lubię to- bo dystans jest najważniejszy, a odległość kilku kilometrów od swoich dzieci przez parę godzin dziennie dla mnie jest lepsza niż niejedno spa. Cieszcie się pracujące matki.