środa, 29 lutego 2012

dyrdymały

Wstałam rano. Czekało na mnie pysznie przygotowane śniadanie. Był bukiet kwiatów i bułeczki, i dżemik i wszystko było. Potem miałam zamknąć oczy. Zeszliśmy na dół i pojechaliśmy, gdzieś przed siebie. I nie musiałam ubierać zuzy, wszystko było zrobione i przygotowane.
byliśmy w lesie, była polana. śmialiśmy się, zbieraliśmy kwiatki, rozmawialiśmy. Poszliśmy na obiad, Zuza była wyjątkowo grzeczna. Było uroczo.
Wróciliśmy do domu. Wspaniale nam się wszystkim w  trójkę rozmawiało. Było nam lekko.

Wstałam rano. Otworzyłam oczy.
- Mamo, mamo,  a gdzie jest książe?
- W głębi lasu [czarnego jak dupa lasu]

Bang bang.

niedziela, 26 lutego 2012

aaaa

czyli będzie o spaniu. Bo są książki, są poradniki, są mądre mamy, ciocie i babcie, które wiedzą jak i doradzają non stop od pierwszego dnia życia, co zrobić, żeby dziecko spało, czyli dochodzimy do mojej ulubionej kontestacji, że dzieci są najfajniejsze jak śpią, skoro wszystkim tak bardzo zależy na tym, żeby spały, ciągle spały lub spały jak najwięcej.
Prawda jednak, jak to zazwyczaj z prawdą bywa, jest bolesna. Okazuje się bowiem, że te wszystkie porady działają, ale tylko w książkach, tylko czasami, albo na wszystkich dzieciach oprócz twojego własnego, żeby wyjątek potwierdził regułę, a że to akurat ty, i ty, i ty, i ty musisz być tym wyjątkiem? Who cares?
Moje prywatne dziecko ( to pierwsze) spało dość dobrze, do czasu. Bo jak się urodziła to nie mogę powiedzieć, pierwsze miesiące były naprawdę urocze jadła i spała, i nic więcej. I nie były to drzemki, o zgrozo, typu dwadzieścia minut, ale jak już zasnęła to potrafiła sobie spać trzy godziny. A jak nie chciała spać to znów pojawiała się zbawienna chusta. I tak sobie siedziałyśmy przy kompie, sprzątały, gotowały, a że dziecko małe i lekkie, to aż tak bardzo plecy nie dawały popalić.
Gdy dziecko dorosło też nie było źle. Kładło się Opuncję do łóżeczka, dawało grającą książeczkę, którą sobie przyciskała na różne sposoby, i może i owszem niejednego wieczoru wymiotowało się kapelusznikiem z Alicji w Krainie Czarów albo wilkiem z czerwonego kapturka, ale jak się przymknęło drzwi, to aż tak słychać nie było, a po jakimś czasie Opuncja zasypiała. A jak jej się nie chciało zasypiać przy dźwiękach bajki, to była jedyna mi znana, dlatego tylko tą stosuję, metoda 3-5-7, czyli czekałam cierpliwie trzy minuty krzyku, pięć minut krzyku, siedem minut krzyku. Zazwyczaj kończyło się na dwóch seriach. A i czas- dziecko chodziło spać zazwyczaj około 20.Więc był czadzik, bo pozostawał uroczy czas dla siebie.
Sielanka się skończyła, jakieś pół roku temu.Dziecko skończyło 2 i pół roku, i wydawałoby się, że będzie już mądre, a przynajmniej mądrzejsze. I dobra jest mądre w wielu kwestiach, ale w kwestii spania, to jakiś regres nastąpił. Od początku. czas chodzenia spać- nagle, drastycznie- bez naszej zgody się wydłużył. Przy dobrych wiatrach jest 22 jak dziecko śpi. W dzień powszedni, kiedy dziecko w żłobku to tam drzemkę ma, ale w domu swym rodzinnym takiej opcji nie ma. No chyba, że wyczaimy moment i gdzieś pojedziemy samochodem, wtedy Opuncja zasypia czasami i nawet czasami uda się ją przełożyć do łóżka i śpi te swoje trzy godziny, bo to jej pozostało z lat dzieciństwa.
Jest jednak wieczór. Dziecko spać nie chce. Zaczyna się od jednej bajki oglądanej. Ostatniej, żeby nie było. Jak bajka się skończy, to nagle słychać tupot, "że proszę, obiecuję teraz będzie ostatnia, na pewno." ( Co do tych bajek, to jeszcze bardzo często ostatnio nie chce ich młoda oglądać sama, tylko trzeba z nią, katować się co wieczór: królewną śnieżką - król lew jest już passe- lub inna księżniczką, bo to w ramach wkrętu, które dziecko obecnie ma). Kiedy pojawi się opór, że to przecież już była ostatnia bajka, to zaczyna się pierwsza faza krzyku. Potem po położeniu do łóżka jest druga faza krzyku. Tym razem, że jeszcze jedną trzeba przeczytać. Więc znowu jest śnieżka, tym razem czytana. Skończy się raz, więc jest krzyk, ze jeszcze. Matka się buntuje i mówi koniec.Ojciec się poddaje i czyta jeszcze raz i tu zaczyna się problem, bo rozbestwia dziecko, a teraz go w domu nie ma i matka, która czyta tylko raz góra dwa razy, wychodzi na czarownicę. Jest faza  krzyku numer trzy, bo matka wychodzi z pokoju,a przecież mam siedzieć i słuchać tego, co półśpiące, ale udające nieśpiące dziecko wymyśla. To znowu zasługa ojca, bo siedzi przy młodej, oczywiście nie bez korzyści, bo młoda pociska, a on siedzi na necie w komórce i ma święty spokój, że niby dziecko usypia, a tak naprawdę ukrywa się przed matką swoich dzieci, żeby mu głowy nie zawracała. Jak już dziecko zaśnie, w międzyczasie próbując jeszcze podejścia, że jest głodne, że che mu się siku, kupę, że ma kaszel i musi syrop, że chce pić co dwie sekundy, to jest cudnie, tylko, że jest godzina 22- 23 i czasu dla siebie jakby nie ma.
A potem jest noc. I od kiedy młoda ma soje "dorosłe łóżko", z którego potrafi wychodzić i spadać, to średnio co druga noc, gdzieś koło 3-4 nad ranem słychać mały tupot nóg i młoda znajduje się w naszym łóżku. A wtedy rozpoczyna się druga część horroru.Bo młoda skacze, przez głowę, brzuch,aż po  nogi nasze, a nam po pierwsze nie chce się wstać i zanieść jej z powrotem, a po drugie zawsze jest obawa, że jeszcze nie śpi twardo i jak ją przeniesiemy to się rozbudzi i będzie jeszcze gorzej, bo już,lepiej się gnieść, ale leżeć niż walczyć o 4 nad ranem z ryczącą Opuncją.
Dziś w nocy w nastąpił pewien optymistyczny zwrot w naszym horrorze. Otóż około 7 nad ranem, Opuncja wstał i wyszła z naszego łóżka, bez słów. Byłą obawa, z mojej strony, że to już po spaniu, i zaraz usłyszę codzienne " mamo pora wstawać już jest słońce" ( jak ona je widzi jak są rolety spuszczone, codziennie ją o to pytam, ale odpowiedź żadna), ale Opuncja gdzieś zniknęła. A że była cisza, to założyliśmy, że poszła spać do swojego łóżka, odkryła, że jej też niewygodnie? Za to dwie godziny później jak wstaliśmy, znaleźliśmy ją na podłodze, pod łóżkiem, czyli się odnalazła. Strat nie ma. Bo od kiedy ma to swoje "dorosłe łóżko", ale o tym już kiedyś było, znajdujemy ją od czasu do czasu  w różnych pozycjach i w rożnych miejscach jej pokoju śpiącą nad ranem. Zdarz się to coraz rzadziej, ale jak widać na załączonym obrazku, bywa.
To byłoby na tyle o tym spaniu.Prawda, że mam flow, ale to przez to, że się wyspałam i się nudzę jak mops.
PS. /szkoda ,że nie możecie zobaczyć, co w międzyczasie robi młoda. Otóż znalazła jakiś album reklamowy z rzeczami dla dzieci i cały czas śpiewa i mówi, co to ona  z tego albumu nie będzie miała i że mam ją zawieść na koniu w głąb lasu do cudownego zamku, plastikowego zamku, który odnalazła. Idę szukać karocy;-)


czwartek, 23 lutego 2012

albo albo

albo będzie lato, albo tata Adam w końcu wróci do domu ( musiałam sobie pozwolić na takie wyznanie w ramach terapii_), albo ja zwariuję. albo mnie koś zlinczuje, albo nie, ale to jest  moja ostatnia ciąża i niezmiernie się ciesze, że ostatnia, końca doczekać się nie mogę i powrotu do życia. bo nuda wieje z każdej strony. Dochodzę do wniosku, że zdecydowanie nie jestem typem "matki Polki". Więc albo lato, albo przynajmniej wiosna, albo.....

poniedziałek, 20 lutego 2012

3-2-1

20 lutego trzy lata temu trzy minuty przed drugą w nocy zostałam mamą Zuzy vel. Groszka vel. Młodej.
Trzy lata później stwierdzam stwierdzam, że:
1. jestem o trzy lata starszą matką trzyletniej córki
2. wcale nie było i nie jest tak źle, jak czasami to może wyglądać;-)
3. Młoda jest na tyle wdzięczną córką, że mogę stwierdzić, że warto było i jest....







piątek, 17 lutego 2012

życzenie

Każdy ma takie:
a) na jakie sobie zasłuzył
b) takie jakie sobie wymyślił
zuza swoje życzenie urodzinowe wyartykułowała około miesiąca temu. Wyszło przypadkowo. Na przypadkowych zakupach odkryliśmy przypadkowy sklep z zabawkami. Sklep okazał się bardzo dobrze zaopatrzony. Zakochałam się w nim. Zuza też. Tyle tam było - jest- pięknych zabawek, gier, puzzli. Młodej od samych drzwi w oczy rzuciła się "little meramid ". Oczywiście był ryk, krzyk, ale udało nam się wówczas wyjść bez owej małej syrenki disneya. Obiecane było, że jak zasłuży to dostanie jako prezent urodzinowy. Byłam przekonana , że zapomni, wymyśli coś nowego. Ale jakaż moja rozpacz, bo  nie zapomniała. I musiałam dzisiaj udać się do owego sklepu i kupić tą maszkarę!!!a tyle tam było ładnych rzeczy. Aż łzy mi się w oku kręciły, że nie mogę kupić tego pięknego domu, tych drewnianych mebelków, tych pięknych małych drewnianych laleczek. Och, że też moje dziecko nie chce tego samego prezentu, co ja;-( Tym razem życznie Zuzy- czyli "little mermaid" zostało spełnione, pomimo mojego wyrażanego tu niezadowlenia, bo ta wodna maszkara kosztowała jeszcze cały majątek;-)Zobaczymy jak długo będzie miała płetwę.
Dziś nie będę jej przedstawiać, musicie wytrzymać do poniedziałku ze swoją ciekawością, uwiecznię wtedy radość młodej z jej wymarzoną "little mermaid". A jak się okaże, że to nie ta- to-----paragon mam!!!

czwartek, 16 lutego 2012

Jak śmietana

pączek z rana.
Tym bardziej, że odśnieżałam auto przez pół godziny. A miało być tak pięknie, wiosna, ciepło, zero śniegu, zero odśnieżania. A tu rach ciach i śniega- nawet u nas na smogowatym śląsku- bardzo dużo.
Ale na szczęście ktoś wymyślił dzień pączka- to sobie z Antkiem zjedliśmy- w liczbie dwa (narazie). Miałam ambitny plan, że sama je zrobię, ale to by było na tyle, czyli na planie się skończyło. Na szczęście mam bardzo dobrze zaopatrzony, głównie tanimi winami, sklep pod nosem, ale pączków mieli bardzo dużo- też.