wtorek, 29 listopada 2016

pytanie o sens- bez sensu

kobiety w ciąży, pod jej koniec, podobno lub nie, "cierpią" na tak zwany "syndrom gniazda". Po chwilowej apatii i niechęci do wszystkiego, łącznie z ubieraniem, że o wyjściu  z domu już nie wspomnę, dopadło to i mnie. Już miałam zacząć myć okna, ale jakaś resztka zdrowego rozsądku powiedziała- może niekoniecznie dziś, będzie padał śnieg, ale postanowiłam w spontanicznym szale zrobić porządek w łazience, choć o syzyfowej pracy w przypadku tego pomieszczenia wiem już od dawna. Jak już zrobiłam remanent we wszystkich balsamach, lakierach i szczoteczkach do zębów, wyszorowałam lustro, umyłam podłogę, przerzuciłam się do kuchni. Najpierw kuchenka, wypucowałam, potem piekarnik. Na początek fakty- używam go dużo, generalnie czyszczę przeciętnie często, więc trochę roboty było. Mając na uwadze "Kuchenne rewolucje" , gdy zawiodły już wszystkie dostępne w domu środki do mycia szyb i odtłuszczania, w ruch poszedł nożyk. W "Rewolucjach" zawsze tak czyszczą, rzekomo całą noc, i rano jest piekarnik jak nowy. Ja czyściłam ponad godzinę i powiedzmy rezultat jest,ale nie wierzcie telewizji;-) Kiedy już skończyłam te "objawy syndromu gniazda", cała dumna i szczęśliwa odetchnęłam z nutą satysfakcji. Dzień mijał, nadszedł wieczór, kiedy reszta kurnika dotarła do domu. I od tego momentu wszystko powinno być wielkimi literami, ale oszczędzę wam oczu, aczkolwiek możecie to sobie wyobrazić. Najpierw dziecko Z. wbiegło do łazienki w buciorach, bo wiadomo siku przychodzi zawsze natychmiast i nie można czekać. A że łazienka ostatnio nie służy mojej córce tylko do "siku", bo zaczęła się lubować w psikaniu moimi (choć ma swoje, które oszczędza) perfumami i "bazgraniu" się pudrami (oczywiście też moimi) i jedyną maskarą jaką mam, po chwili podejrzanej ciszy weszłam do środka. Na muszli , też szorowanej, stoi dziecko Z. i bazgrze po lustrze mokrymi paluchami i pędzlami z pudrem. Ot, sztuka. To nie koniec, wchodzę do kuchni, a tam syn, który jada tylko płatki nesquik ewentualnie płatki chocapic, palcami namoczonymi w mleku maluje wzory na moim wypucowanym piekarniku. No też artysta. A na to wszystko ojciec, chcąc mnie odciążyć (jak on mnie kocha), postanowił samodzielnie zrobić sobie kolację. Oczywiście jajecznicę. Więc bierze patelnie, stawia na kuchence, na drugim palniku, bo mało mamy blatu (!) układa deskę kroi pomidora, a sok z niego spływa na moją czyszczoną kuchenkę. Potem jajka, rach ciach spływają  do patelni, a po drodze na drugi palnik. Potem przerzuca to sobie na talerz, patelnia oczywiście zostaje na kuchence,  bo wkładanie naczyń do zmywarki to już jest wyższa szkoła. I to wszystko jest autentyczna sytuacja, to dzieje się naprawdę, cały czas, codziennie. I cały czas, codziennie najpierw wybucham, a potem to chce mi się śmiać, że po co ten cały "syndrom gniazda", że gdzie ten sens sprzątania, że to wszystko jest bez sensu. Choć staram się dojrzeć światełko w tym ciemnym, zabrudzonym tunelu piekarnika i kuchenki- sprzątanie skończyłam  koło południa, a kurnik odegrał swoje role koło 19, tak więc parę godzin mogłam przeglądać się w czystym lustrze i delektować błyszczącą kuchenką.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz