poniedziałek, 3 marca 2014

lizaki

szkoły są co najmniej trzy.
Pierwsza. Należą do niej wszyscy entuzjaści dzieci, kochający bezgranicznie, świata poza nimi nie widzący, ufający wszystkim poradnikom, przewodnikom, encyklopediom odkrywającym naturę dziecka. Ci rodzice dają dzieciom lizaki zawsze i wszędzie i nie krzyczą, nie przejmują się, że wszystko się  klei, że wszystko jest brudne, a jeszcze nie daj boże kiedy te lizaki są farbujące wszystko i wszystkich. To rodzicielskie anioły, które słuchają swoich dzieci i spełniają ich zachcianki. Ja do tej grupy nie należę.
Druga. Lizaki dają, bo one sklejają dzieciom paszcze i jest szansa , że nie będą krzyczeć, piszczeć, śpiewać, pytać czy wyć. Ci rodzice mają świadomość, że wszystko będzie do prania, że wszystko będzie brudne, że wszystko będzie się kleić. Klną pod nosem, ale cisza podczas lizania jest ważniejsza. I tutaj siebie odnajduję.

Trzecia. Lizaków nie uznają w ogóle, bo dziecko może się udławić, a jak nie dadzą to oszczędzają sobie ewentualnej resuscytacji. Poza tym nie muszą puszczać dodatkowej pralki. Cieszą się życiem bez lizaków. I nie wiem, czy nie chciałabym tu być.

4 komentarze:

  1. Ja daję lizaka jak mnie syn o to poprosi a robi to rzadko, zazwyczaj podczas zakupów, nie przejmuję się, że wszystko idzie do prania bo po naszych pieszych spacerach i tak wszystko ląduje w pralce :)

    OdpowiedzUsuń
  2. też odnajduję się w drugiej, niestety :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Fiu fiu jakie piekne te wasze lizaki , ja odnajduje sie w pierwszej grupie, bo po jednym liznieciu lizak laduje w moich rekach . Dzieki temu mam wymowke i moge sobie go zjesc ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. wow ,ale lizaczki:)
    Oliśka mało je lizaków ,bo je gryzie,a nie liże

    OdpowiedzUsuń