czwartek, 21 lipca 2011

wytrzymałość

mierzy sie w minutach, które mama znosi, gdy dziecko nieustannie krzyczy w łóżeczku, bo wydaje mu się, że wcale nie chce spać. A przecież matki zawsze wszystko wiedza lepiej,a  nawet najlepiej, stąd kiedy mówię, że dziecko musi spać to to jest fakt i koniec kropka (oh znowu ten nieszczęsny koniec się pojawił).
Tym razem było pół godziny. Trzydzieści długich minut. Zdążyłam umyć garnki, ogarnąć zabawki i odprawić się online, a dziecko krzyczało, ryczało, wołało, rzucało poduszkami, miśkami, butelką z mleczkiem, którą najpierw sobie zażyczyło. Wszystko oczywiście za zamkniętymi drzwiami.  Tak matka jest okrutna i jeżeli dobroć nie skutkuje, a zazwyczaj w przypadku mojego dziecka nie działa, to zamykam drzwi za sobą, a dziecko wtedy samo musi przełknąć, zrozumieć co i jak, i wytrzymać, bo ktoś odpaść musi. Tym razem odpadło dziecko, bo śpi. Zagramy znowu w naszą wytrzymałościową grę około 22, jak trzeba będzie iść spać;-)

poniedziałek, 18 lipca 2011

intryga

się zaciekwali wszyscy końcem. Zastanawia mnie to,  że prawie wszyscy poszli  wtym kierunku, że musiało się cos stać i węszą aferę. a może to był po prostu koniec dnia, koniec cięzkiej pracy, koniec ketchupu, koniec coli...i koniec końców duzo ta wasza podejrzliwośc mówi o mnie. znacie mnie jak własną kieszeń. Koniec i kropka był akurat czyms negatywnym w tamtym momencie, ale rzeczywiście nikt nie podszedł do tego z dozą optymizmu, a szkoda. Dobra teraz tez musi nastapic koniec, bo dziecko mnie szarpie i mówi, że teraz ono idzie liczyć.

wtorek, 12 lipca 2011

przepierka

czyli wróciłyśmy na tradycyjne wakacyjne pranie do domu. W międzyczasie porodziło się kolejne dziecko w rodzinie. Czas rozrodu. witamy Amelię M.. Kawał kobity z niej, chyba rzeczywiście po dziadku.
A my zdajemy krótką relację z naszego tradycjnego pobytu w tym samym miejscu. Dwa lata temu o tej porze też tam byłyśmy. Można porównać, a tylko inne oosby towarzyszące były;-))



czwartek, 7 lipca 2011

O wakacjach

Wyjeżdżają ludzie na te swoje upragnione wczasy do tych uroczych, zacisznych, turystycznych miejscwości. Przyjeżdżają napakowanymi samochodami, no bo przecież niczego nie można zapomnieć. Męczą się w korkach, robotach drogowych i innych upałach, choć to ostatnie to  rzadkośc w naszym umiarkowanym kilmacie, ale nie daj boże ktoś akurat trafi, to jego też może trafić, ale szlak. Do rzeczy. Dojadą już w końcu ci wszyscy wczasowicze do tych swoich zarezerwowanych "agroturystycznych", "niby wiejskich" pokoi, a tu ....w pokoju telewizor, prysznic i toaleta- to już jest standard, żeby czuć się jak w domu. Na obiady pizza, spaghetti, kebab, gyros czy zupa krem z borowików z groszkiem ptysiowym z plamką śmietany. Na ulicah tłumy, bo wszyscy przecież chcą przyjechać do tej znanej " zacisznej, uroczej miejscowści", o której wiedzą wszyscy i dobrze jest się tu pokazać, bo znajomi w pracy zzielenieją z zazdrości, bo wiedzą, że wczasy w tej "zacisznej wiosce" są po prostu drogie, czyli, że nas stać! Więc tłok już mamy, znajdzie się też bankomat na rogu, bo przecież kasę skądś trzeba brać. Są przynajmniej trzy aquaparki z wodą termalną, tor kartingowy, tor rolkowy, dyskoteka, kino, dwa tysiące restauracji, a każda w stylu wiejsko-miejskim, bo niby swojskie drewninane ozdoby i góralskie pasy, ale z drugiej strony luksusowy ekspres do kawy, żeby biedny turysta mógł się czuć jak u siebie i mógł się napić latte, machciato czy inne ciapato. Co by tu jeszcze? Szkoda tylko, że nie ma ruchomych chodników i że górki są,  a no i można by na to Morskie Oko samochodem podjechać. Bez przesady w jakich czasach my żyjemy!!
I na początku sobie myślałam, boże a czemu ja znowu muszę w tej swojej chatce cygańskiej rezydować, bez tch wszystkich wygód, w tym błocie, bez bieżącej wody, a gospodarze te krowy i kury hoduja, jako nieliczni już we wsi. I chodzą, te kury oczywiście i srają mi pod drzwiami. Ale wczoraj jak tak na chwilę przestałao sobie padać i refleksyjne z córką swoją poszłam po tej uroczej cichej wsi na spacer to pomyślałam sobie, że się cieszę, że jestem nadal w takim samym miejscu jak 25 lat temu, no może 20 bo tv mamy z anteną na zewnątrz i nie trzeba biegać po pokoju , żeby złapać sygnał. Bo przyjeżdżając na wakacje naprawdę mam inaczej niż w domu, i dopoczywam od tego wszystkiego, co mnie tak przytłacza na codzień. I może i błocko jest już na wszystkich moich spodniach, ale jako jedyna w całej tej "zacisznej wsi" mogę powiedzieć, że to naprawdę agroturystyka i że naprawdę człowiek ma fajnie i ma co opowidać i wspominać i czym się cieszyć i robić co innego niż codziennie. Szkoda tylko, że wszystko wokół zamieniło się na "megawiochę" w miejskim wydaniu.

poniedziałek, 4 lipca 2011

ran-king

Tak mnie coś naszło, że stworzę top 3 niezbędnych z mojego punktu widzenia rzeczy, bez których nie wyobrażam sobie bycia mamą. Nie wiem właściwie po co komu, na co ten ranking, ale tak mnie naszło, więc niech będzie. A że dzieci rodzi się coraz więcej to może komuś się przyda, a ciekawa też jestem, bez jakich rzeczy wy nie wyobrażacie sobie siebie jako mam.
Ad rem.
1. łóżeczko turystyczne- dla mnie wybawienie,bo moje dziecko śpi tylko i wyłącznie w łóżeczku, i nawet kiedy chiałabym się do niej poprzytulać i przespać całą noc to jej potrzeba izoalcji i poczucia swojej swobody jest tak duża, że bez łożeczka spać się nie da. wdzięczna jestem temu, kto je wymyslił,bo dzięki temu mogę rownież ograniczyć w jakis sposób przynajmniej ekwelibrystykę mojej córki.
2. Chusta- bez tego nie wyobrażam sobie niczego. Bo dzięki niej mogłam do pewnego momentu spokojnie robić zakupy mając wolne aż dwie ręce, pracować przy kompie, tańczyć, gotwać i w ogóle chusta jest the best.
3. elektryczna niania- bo można było spokojnie pojechac na grilla,a dziecko wynoszone w chuście, spało w swoim łózeczku turystycznym w domu, a rodzice mieli wszytsko pod kontrolą.
Jest jeszcze rzecz, która by się przydała i pewnie wtedy miałaby swoje pierwsze miejsce w ran-kingu. Co? Trzecia ręka- niezastąpiona, nieoceniona, po prostu potrzebna. Wszytskie mamy świata czekają na wynalazcę,opatentowanie i szybki marketing w ładnym opakowaniu;-)

czwartek, 30 czerwca 2011

rzadkość

tfu, tfu, tfu. Pluję, żeby  nie zapeszyć, bo rzadko ostatnio w życiu matki przydarzały się spektakularne sukcesy. A tu nagle proszę. Dziecko coraz mądrzejsze, zaskaujące swoją elokwencją po matce;-)A do tego matka w samotnej próbie numer dwa osiągnęła swój mały sukces zawodowy- dostała dofinanswoanie duże na edukacyjne wyjazdy zagraniczne, więc się cieszy, a obecnie byczy się ( no dobra szkoda, że samotnie) na szkoleniowym wyjeździe w megawypasionym hotelu na Mazurach i nawiązuje europejskie znajomości, co by znowu kasę unijną wyszarpać. Ponadto podjęła strategiczną decyzję o podjęciu nowych studiów i trzeba tylko słuch w poniedziałek zbadać i papiery zawieść. Ogólnie jest dobrze, a to rzadkość w tym umiarkowanym klimacie.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

dzieci mojego dziecka

Przedstawiam dzieci Zuzy. Zazwyczaj są gołe, te rodzeństwo ma akurat ręce, bo inne już ich nie mają. Uwielbiam te chwile, gdy dzieci mojego dziecka śpią, a moje dziecko siedzi przy nich i kontrolujeczy przypadkiem się nie budzą. A ja- babcia znaczy się- moge  wtym czasie...szydełkować.
Ps. łóżko i miejsce zsotały wybarne i przygotowane przez "matkę" lalkowych dzieci.

czwartek, 16 czerwca 2011

tresura

 Wyszkoliłam sobie dziecko, że w końcu zaczęło mi gotwoać. Co prawda narazie kiełbaska jest materiałowa, naleśnik zresztą też, ale samo podjęcie inicjatywy w końcu się liczy. I pewnego pięknego dnia doczekam się, że dziecko mi przygotuje coś niemateriałowego. Ojciec dziecka jest oporny na szkolenie i jak narazie to ewentualnie pyta czy zrobić ci herabtę? Więc nadzieje z nim związane są liche bardzo liche, wątłe, znikome, nie oszukujmy się- żadne.




Powróćmy jednak do dziecka. Tutaj bowiem jest szansa, bo dziecko ogląda programy kulinarne dla dzieci "kucharz duży, kucharz mały" i "potrafię gotować" i wczoraj samo kazało sobie ubrać fartuszek i powiedziało, że "jest Ben" ( dla nie wtajemniczonych w edukacyjne kulinarne bajki, to kucharz duży). Tak więc czekam, czekam, czekam. Szkolę dalej i idę robić sobie obiad, narazie all by myself!!!!!!!!!!





środa, 8 czerwca 2011

cytuję

Miziamy się na łóżku, czyli ulubiona zabawa naszej trójki. Maltretujemy się nawzajem na najwspanialszym łóżku świata, które mieści się nie gdzie indziej tylko w naszej sypialni. Tata chce łaskotać dziecko, na co dziecko mu odpowiada:
"Tato, ja sie chce tulić, bo ty jesteś taki fajny i najpiękniejszy. I taki słodziutki!"

Dyskoteka szkolna. Mama musiała iść, bo czasami trzeba dać się starszym dzieciom wytulić nawzajem przy jednoczesnej kontroli;-) Dziecko poszło z mamą, bo nie było wyjścia. Nie była to pierwsza dyskoteka, ale tym razem dj był jakiś bardzo techno i było tak mega głośno, że się wyjątkowo dziecku, bo mamie to raczej tradycyjnie;-) nie podobało. Dziecko (mamy):
"Chce do domu bo piosenki są głośne i się nie podobają"
"A jaką piosenkę ty byś chciała?"
"No ...może... Kaczka dziwaczka?" Do tego był dodany jeszcze fantastyczny gest jedną ręką,który oddawał zastanowienie nad tytułem piosenki. Oczywiście Kaczki Dziwaczki nie było w repertuarze.

Wycieczka do restauracji. Dziecko tradycyjnie trochę szaleje, a antypedagogiczni rodzice oczywiście z braku innych środków używają argumentu "widzisz tą rękę". W tej metodzie wychowawczej przoduje tata. Ale ponieważ na pokazaniu ręki się kończy to dziecko szaleje dalej i nie słucha się swoich najukochańszych rodziców. Na horyznoncie pojawiła się fontanna i plac zabaw. Dziecko che oczywiście byc tam i tylko tam i najlepiej, żeby wycieczka się w tym właśnie miejscu zakończyła. Zrozpaczona mama, która nie ma ochoty kończyć wycieczki na ślizgawce mówi:
"Proszę się uspokoić, już więcej nie idziemy na ślizgawkę"
na co dziecko odpowiada:
"ja chce na ślizgawke w tej chwili. widzisz tą rękę!!"

Tyle najświeższych doniesień z placu boju jakim jest wychowanie dwuletniego dziecka.

prezent

był wrzesień 2008 roku. To było pierwsze badanie USG w 11 tygodniu. Rutynowe. Okazało się, że przezierność karkowa jest przekroczona znaczni...