środa, 23 października 2013

wpis diagnostyczny

"Źle się dzieje w państwie duńskim" ten cytat z Hamleta jest doskonały do oddania sytuacji, w której obecnie się znajduje. Nie che mi się wnikać w szczególiki, ale fakty są takie:
- Zu przywlekła wszy z przedszkola, więc szukamy, wyciągamy, lejemy się śmierdzącymi płynami i wszystko nas swędzi na samą myśl. Jest krzyk, jest ryk :Daj mi już spokój i weź odłóż ten grzebień do wszów!" Niby już wszystko wytępione, ale "wszowy strach" pozostał;
- Zu po wizycie u psychologa, na którą skierował nas neurolog została zdiagnozowana:nadruchliwość ( to ci nowość), jak z tym walczyć: muszą państwo to przetrwać, w wieku 7-8 lat dziecko przestaje się tak ruszać, wtedy nie umie sobie znaleźć jednego zainteresowania, sporo jeszcze przed państwem, dużo sportu, dużo ruchu i cóż na pewno sobie w życiu poradzi, bo nie będzie się bała; tyle pani psycholog, a ja wychodzę z siebie, staje obok i siły nie mam!!
- stopniujemy napięcie: Zu dostała również wyniki swojego "kosmicznego" badania  i ku mojemu wielkiemu zdziwieniu eeg wyszło jakoś nie tak, nie spodziewałam się tego, w każdym bądź razie teraz mamy ją nagrywać, co by pani doktor miała dokładniejszy materiał do badań, bo zuza jest tym skomplikowanym przypadkiem, że wychodzi nie tak, ale niejednoznacznie;
- tata mój osobisty się rozłożył na łopatki i kwiczy, a my razem z nim, bo  niego jak u Zu: obserwujemy i czekamy...tylko na co, tego nie wie nikt;
-matkę plecy nawalają , że ani stać, ani siedzieć, ani leżeć, plastry przyklejam, tablety łykam i kciuki trzymam,  że kiedyś musi popuścić;

Ale dla utrzymania równowagi, bo tylko ona jest lekarstwem na ten pat, pozytywy są takie, że:
-ojciec dzieci wrócił do nas, po ciężkiej pracy, co mnie cieszy i napawa nadzieją na lepsze jutro;
- słońce świeci i jest letnio od dwóch dni, są nawet szaleńcy, którzy z powrotem wskoczyli w krótkie gacie;
- byłam dziś na wykładzie o ZT, na Uniwersytecie Trzeciego Wieku, gdzie średnia wieku wynosiła 70 lat,a  wykładowca profesor ważny miał lat 90 i nadal wykłada, co mnie trochę przeraziło, po jego wykładzie. Ale pozytywne jest to, że babcie się uczą, że uczestniczą, a profesor żyje ciągle badaniami, które robił 20 lat temu i słodkie było to, że widać nie ma świadomości, że co nieco się zmieniło. Nie dowiedziałam się niczego, w sumie można by powiedzieć zmarnowałam 1,5 godziny, ale fakt, że profesor podziękował mi, że taka młoda przyszłam i się podekscytował moją obecnością był tego warty.

Moja diagnoza: chwilowa górka, ale szczyt jest blisko;-)

niedziela, 20 października 2013

bilans sześciolatka

- farbowanie włosów raz na pół roku, bo siwizna wychodząca z nerwów wyłazi jak grzyby po deszczu;
- melisa zawsze w  pogotowiu, bo z rana działa jak śmietana;
- "zaprogramowanie", które coraz częściej się zawiesza, nie wiadomo czy z nadmiernej eksploatacji, czy ze starzenia. W każdym bądź razie rano zawsze jedna część się idzie kąpać, druga wchodzi po niej i zawsze pod nosem najpierw wymamrocze: k....mać!, potem wyciera podłogę bo bagno nie z tej ziemii, przeciera zaparowane lustro, odkłada szczoteczki i pastę na miejsce i dopiero zaczyna się dzień i tak jest CODZIENNIIE!!!NIEZMIENNIE OD TYLU LAT!!!Pękam z dumy, że jeszcze któregoś ranka nie rozwaliłam tej łazienki, albo tego, kto z niej korzysta przede mną, za mną, nieważne zawsze stan jest ten sam.
-zrzędzenie cały czas na te same tematy, argumenty też niezmienne i z jednej i z drugiej strony;
- dwójka dzieci, które w swojej cudowności odziedziczyły po nas wszystko to, czego akurat mogłyby nie dziedziczyć aż w takim nadmiarze;
- kredyt jeszcze przez piętnaście lat do spłacania;
- plany na wakacje, które mają realizować nasze wizyty we wszystkich stolicach;
- określony rodzaj pochówku,gdyby coś gdzieś, jakoś się potknęło;
- i nadzieja na jeszcze wiele wspólnych bilansów, gdzie zysków będzie zdecydowanie więcej niż strat....

ILY



czwartek, 3 października 2013

gdybym nie była...

mamą to nie doświadczałabym tych cudnych widoków- dwóch umorusanych glutów bawiących się razem w ciszy, spokoju i szeroko rozumianej harmonii.
Fakt, są to chwile niezwykle rzadkie, ale to co najcenniejsze w przyrodzie nie występuje przecież powszechnie. Czyż nie? Zazwyczaj moje młode drą się o wszystko, o co można się drzeć, a nawet o to, co drzeć się nie można ( tak przynajmniej wydaje się nam- mądrym rodzicom i innym dorosłym), bo w świecie młodych darcie jest powszechnym zjawiskiem. Więc jak już zdarzą się takie rzadkie chwile, kiedy okazuje się, że wcale nie trzeba bawić się tym samym konikiem w tej samej chwili, albo kiedy nie trzeba kogoś niechcący popychać tylko po to, żeby go zaraz przepraszać, albo gdy da się bawić bez asysty mamy, taty, babci, dziadka itd. to ja jestem w raju i myślę, że tak mogłabym jeszcze dwójkę, trójkę, czwórkę takich młodych mieć pod skrzydłami. Ale nagle , jak grom z jasnego nieba, pojawia się krzyk, bo jednak kucyk drugiego młodego okazuje się lepszy, bo bębenek jest jeden, a bawić chcą się nim jednocześnie dwie osoby, bo mama musi udawać kotka, pieska i inne zwierzęta domowe i dzikie. I wtedy jak bańka mydlana znika moje marzenie o kolejnych młodych pod skrzydłami, a pojawia się zmora, że ja już mam dwa młode gluty, które właśnie się drą, a ja chce wyjść przez ścianę i zniknąć.
Gdybym nie była mamą.....



poniedziałek, 30 września 2013

grzybiarki

Nowa fucha. Zawodowe zbieractwo nam nie grozi, ale pod wpływem córki została zorganizowana wyprawa w polskie lasy. Przekładana kilkakrotnie w końcu doszła do skutku . Łatwo nie było, bo wstać trzeba było wcześnie, miejsce zagrzybione znaleść, nie przejmować się cynicznymi komentarzami , że się potrujemy, że sie nie znamy, że co to za wyprawa z zuzą, że co my tam niby znajdziemy. A jednak przyjechaliśmy z koszem i około 6 kg borowików, podgrzybków i sitaków. Wszystko już oczyszczone, nawleczone i suszone. Ha, takie z nas grzybiarki . Choć my z ZU byłyśmy raczej w tyle, oko miała ciocia Ola, ale ostatecznie przebił ją tata Adam, który odnalazł prawdziwe złoże sitaków. 

niedziela, 22 września 2013

hand made japan

Pięknie zlepione, smacznie zrobione przez mężczyzn ubolewających nad " tragedią współczesnego mężczyzny". Zaliczone. Można zapraszać ludzi...

środa, 18 września 2013

larmo

ja nie wiem jak my to robimy. Nie wiem, czy jesteśmy w tym wyjątkowi. Nie wiem, czy inni też tak mają. Nie wiem czy zasługujemy na słowa uznania czy politowania. Ale fakty są jakie są: u nas w doma je larmo!!!A po polsku u nas w domu panuje chroniczny wysoki poziom stężenia decybeli, wydawanych przez wszystkich.
Przez dzieci, przez matkę, przez ojca. Na szczęście gady- żółwie- siedzą cicho w akwarium. Choć nie, one też się tłuką ciągle o kamienie!!
Wchodzę do klatki i już na parterze słyszę, że "u nas w doma je larmo"! Ciągle ktoś krzyczy, ktoś gada, ktoś piszczy, ktoś śpiewa. Już mi tak łeb nawala, że wyeliminowałam TV. Włączam dopiero jak młode śpią, bo nie ogarniam tego natłoku dźwięków, tego nieustannego jazgotu. Bo albo ktoś pyta, albo płacze, albo drze się w fochu, że coś chce.
A ja już nawet w "kiblu" nie mogę się skryć, bo młoda umie otwierać drzwi, dorosła do klamki,a młody zagląda przez wywietrzniki w drzwiach na dole i drze się przez nie: mama, mama!!
Nie mogę już dłużej pisać, bo znów wkracza "larmo". ( Zuza tłucze klockami, a do tego śpiewa sama do siebie, bo układa wieżę,a przecież tego nie można robić w ciszy! Kto to widział budować wieżę, bez gadania do samej siebie!)

piątek, 13 września 2013

sezon na rajty

niestety rozpoczęty. Dziś nadszedł ten dzień, kiedy z żalem serca musiałam ubrać Antkowi "rajty po domu", bo się robi szaro- buro i zimnawo. Generalnie nie lubiłam dzieci biegających w rajtach. Walczyłam z tym dzielnie, kiedy Zuza zaczęła chodzić do żłobka, ale ponieważ była to walka z wiatrakami, bo za każdym razem jak ją odbierałam to i tak była w rajtach, poddałam się. To mnie przerosło, byłam za słaba.
Teraz czekam tylko z utęsknieniem na dzień, kiedy jest ciepło i można chodzić bez rajtów, a z żalem witam te dni, gdy rajty trzeba zarzucić. I tak było właśnie dzisiaj. Dzień żalu. Do tego Zuza też wstała w nastroju godnym jesieni, bo od rana kwiczała, że nikt jej nie lubi w przedszkolu, i nawet Patryk "już lubi ją mniej". Więc deprecha na całego.
 Antek miał dla odmiany lepszy humor, żeby zachować równowagę, ale kiedy przyszła miłosierna Agata, wybawczyni nasza ( bo zapomniałam donieść, że Anti po tygodniu powrotu do żłobka przywlókł infekcję  i gdyby nie długo utrzymująca się gorączka matka "doggie houser" dałaby radę), darł pantofla, ale podobno potem było w porządku. ( ale miłosierna Agata mówiła tak codziennie, więc nie wiem czy jej wierzyć czy nie;-)))A miłosierna dlatego, że poświęciła swój ostatni tydzień wakacji przed studencką ciężką pracą, aby wybawić nas, zagrożonych w pracy, przed l4 w pierwszym tygodniu).
W międzyczasie  tej jesiennej depresji Anti rozwalił głowę, mała krecha na czole, nadział się na stół, plastry ściągające dały radę trzy dni i zerwał sobie sam, a kazali przyjść na zdjęcie do lekarza. Okazał się zdolniejszy.
Tak więc tym optymistycznym rajtowym akcentem kończę ten piątek trzynastego i padam na twarz ( tu się śmieje ojciec dzieci), bo tak ( też do ciebie ojcze dzieci) jestem zmęczona i tak ( też do ciebie ojcze dzieci)szaleją mi hormony!!!więc bij na rajty.....

czwartek, 5 września 2013

matka w służbie zdrowia

przede wszystkim prowadzi notes, bo ilość dat, poradni, numerów telefonów, nazwisk jest tak duża, że nawet taka "miszczyni organizacji" jak ja się gubi. I tak już przeoczyłam jedno szczepienie młodego, ale nadrabiamy jutro.
Po drugie, taka matka musi przed wyjściem do specjalisty wypić melisę, wziąć relanium do torebki, bo czekać zawsze trzeba trochę, dziecko czym starsze, tym bardziej niecierpliwe,a wokół dwa miliony takich dzieci. Ponadto panie głównie rejestratorki zawsze są przepracowane, zniecierpliwione, i wkurzone, że w ogóle my tam jesteśmy (my= pacjenci).
Po trzecie, taka matka mogłaby sobie nagrać na kasetę historię choroby, bo trzeba ją powtarzać każdemu specjaliście. Wtedy szło by to sprawniej, bo każdy by włączał taką kasetę i już leci, bez gadania, bez zacinania, bez pomyłek, czy to nerka lewa czy prawa, czy rozpoznane teraz, od kiedy to trwa i po co w ogóle przyszliśmy.
Po czwarte, matka nie może narzekać, bo ludzie są milsi dla tych nie narzekających. I tak UWAGA!!! ja trafiam na samych fantastycznych lekarzy, nie prywatnie, którzy są mili, sympatyczni i pomocni. Nigdy nie dramatyzuje, nie histeryzuje, wierzę im , że się znają  i nie narzucam diagnozy. Może dlatego zawsze mnie słuchają i naprawdę pomagają. I tak na chwilę obecną nie narzekam na służbę zdrowia, tylko na to, że moje młode pisklaki jakieś takie wybrakowane i tyle trzeba latać, ale i z tym damy sobie radę, bo moja dewiza życiowa brzmi : inni mają gorzej.

piątek, 23 sierpnia 2013

klęski chodzą stadami

Po tym, jak wczoraj dostałam  sms'a od swojego operatora , że grozi mi bankructwo, wszystkie moje decyzje kończą się niepowodzeniem finansowym i dlatego mam się skontaktować z wróżką- wiedziałam, że lepiej już nie będzie. Bo sms' a dostałam akurat w momencie, gdy wróciłam ze średnio optymistyczną wiadomością  z pracy. Pierwsze, co przyszło mi do głowy to: Kurde, skąd nawet oni {telefonia komórkowa} wiedzą, że jest taka kupa???
No, ale nic, myślę sobie trzeba się  z tym zmierzyć, coś się znajdzie, działamy dalej. Fryzjera nie odwołujemy. Już, już witałam się z gąską podekscytowana koloryzacją, gdy przed samym wyjściem podszedł do mnie Antek i otarł się we mnie glutami!!! Nieważne, że brudne spodnie, ale on za dwa dni ma iść do żłobka. A tu poddał się wirusowi, który gdzieś złapała Zuza, bo ona "katarzeje" od paru dni. I tak oto na kilka dni przed rozpoczęciem roku szkolnego, na który wszyscy tak bardzo czekaliśmy, moje kochane pisklaczki mają mega katar, gluty po pas i nie wiem, czy uda mi się to zwalczyć w weekend.
Węc już miałam odwołać fyrzjera, bo stan depresyjny się pogłębił, ale myślę- idę, dam radę, będę dzielna. Gluta odepchnęłam do taty i już mi pani milutka doradzała, jakie pasemka sobie strzelić.Już farba załapała, gdy przyszedł odebrać mnie tata z młodymi, które wziął z domu w piżamach, w których latali przez cały dzień, więc myślałam, że spłonę na fotelu,a  do tego Zuza oznajmiła: No fajne masz te włosy, tylko trochę śmieszne!!!! Co tam dziecko może wiedzieć, myślę. Piękna jestem i ona się po prostu nie zna. Z zamkniętymi oczami, co by nie patrzeć na te młode w tych strojach,  prosto z łóżka, doszłam do domu. No to koniec dnia, koniec klęski. Ale jak się okazało, mogę znieść więcej. Bo gdy młode już spały, a ja rozkoszowałam się kanapką z dżemem jabłkowym to nagle poczułam w buzi coś twardego. Tak, to była plomba z jedynki!! Nie ma zmiłuj, trzeba iść i to w trybie pilnym do dentysty!!
Nie chciałam już kontynuować tego dnia, szybko uciekłam do łóżka,  a tam całą noc słyszałam jak młody charczy z zatkanym nosem i spania nie miałam, bo co ja mam teraz zrobić, jak do roboty trzeba wracać, a tu taka awaria.
Nowy dzień- nowe szanse. I tak też jest . Przede mną kolejna klęska, bo muszę iść na kolejną rozmowę do szefostwa, a młodych nie ma gdzie sprzedać,więc profesjonalna matka idzie z nimi.
Klęski chodzą stadami, i to dużymi.

piątek, 16 sierpnia 2013

chwalipięta

co prawda nie planuję już więcej młodych, ale gdyby jednak coś, albo tak dla zwykłego lansu oto umiejętności mojego 15 miesięcznego (dziś dokładnie) syna  Antona. Co by pamiętać;-)
Otóż Anton , chodzi, biega, umie wejść na wszystko. Ma opanowane wszystkie standardowe sztuczki typu papa, bije brawo, daj cześć, standardowo też pokazuje je wtedy kiedy chce, a nie wtedy gdy inni tego chcą. Próbuje sam jeść sztućcami, pije tylko z kubka ( ale to od samego początku, nie chciał pić z butelki tylko od razu  z kubka normalnego), je wszystko, siedzi na nocniku, próbujemy już samodzielne załatwianie, ale jak narazie wie, że tam ma robić, ale nie trafia, Będziemy pracować. Do zasypiania używa smoczka i pieluszki to jest zestaw "dydy", który oznacza, że chce spać. Picie sygnalizuje wydawaniem dziwnego dźwięku "aaaaaaaaaaa" i wskazywaniem na picie. Gdy je otwiera bardzo szeroko paszczę i mówi "amam". Ponadto w słowniku są odgłosy zwierząt :krowa, kura i owca. Słownik" oczywiście mama- na wszystkie kobiety, tata- na wszystkich mężczyzn (to jest trochę dziwne, ale cóż), bob- na wszystkie psy, bam- gdy coś spadnie, gogo-czyli imiona naszych żółwi, coś na kształt zuza, bam- gdy coś spadnie, woda- na wszystkie zbiorniki wodne, no i oczywiście wskazywaniem placem na wszystko i krzyczenie, aż do skutku. A dziś było pierwsze zdanie. Zgubił na dworze zabawkę przyszedł do nas i powiedział "bam", czyli, że mu gdzieś spadło.Mówimy " no to trudno nie ma, jak zgubiłeś, szukaj. A on wzrusza ramionami i mówi " nie ma". Sam się zdziwił, że to powiedział. No my też oczywiście. Aż zdolne są te młode.
A to i on pożerający jagody, w nowym fryzie:

prezent

był wrzesień 2008 roku. To było pierwsze badanie USG w 11 tygodniu. Rutynowe. Okazało się, że przezierność karkowa jest przekroczona znaczni...