czwartek, 16 lutego 2012

Jak śmietana

pączek z rana.
Tym bardziej, że odśnieżałam auto przez pół godziny. A miało być tak pięknie, wiosna, ciepło, zero śniegu, zero odśnieżania. A tu rach ciach i śniega- nawet u nas na smogowatym śląsku- bardzo dużo.
Ale na szczęście ktoś wymyślił dzień pączka- to sobie z Antkiem zjedliśmy- w liczbie dwa (narazie). Miałam ambitny plan, że sama je zrobię, ale to by było na tyle, czyli na planie się skończyło. Na szczęście mam bardzo dobrze zaopatrzony, głównie tanimi winami, sklep pod nosem, ale pączków mieli bardzo dużo- też.

niedziela, 12 lutego 2012

jazda bez trzymanki

Byłyśmy w górach. Ta wyprawa po raz kolejny uzmysłowiła mi, jak czytelna jest moja lista rzeczy, które lubię i których nie lubię związanych z podróżowaniem, dodajmy podróżowaniem z dzieckiem, a może z dziećmi, bo to "brzuchowe" się rozrasta.
Lubię: sam fakt podróży, prowadzić samochód, nawet zniosę bycie pasażerem.
Nie lubię: pakowania ( tu powinno nawet być nie cierpię), korków, małej ilości miejsca w samochodzie, jeżdżenia z tyłu, ale nie lubię też ciągłego obracania się do tyłu, bo piciu, bo cukierek, bo lizak; nie lubię jak Zuza zaczyna się nudzić i wymyślać zaczynając od wydawania dziwnych dźwięków imitujących megastrach, przez płacz poprzez marudzenie, że nie chce i tak dalej.
Pierwszą podróż (dłuższą) odbyliśmy  z młodą, jak miał miesiąc i trochę i była to cudowna podróż- spała i tyle, po prostu jej nie było. I tak mijały kolejne aż do ukończenia przez nią pierwszego roku życia. Więc gdy okazało się, że młody wyskoczy z brzucha niedługo przed wakacjami ucieszyłam się, bo będziemy mogli gdzieś pojechać na wakacje, bo do pacyfikowania będzie tylko młoda. ( No chyba, że młody nie będzie podzielał wczesnego entuzjazmu podróżowania młodej, bo ona naprawdę była tym typem dziecka, na które auto działało kojąco i uspokajająco). Oczywiście pojawił się problem innej natury.
Kiedy pakowaliśmy się na naszą wycieczkę w góry i nasz tata- dodajmy mistrz upychania do samochodu- włożył sanki i walizkę, i jeszcze parę innych drobiazgów(oczywiście niezbędnych) to stwierdził, że będzie ciężko. Teraz jest tylko zuza, a gdzie tam jeszcze młody i jego drobiażdżczki, no i fotelik (one zawsze są megaduże), no i wózek, a zimą to już w ogóle narty, sanki, kaski.
Wizja- czarna. Rozwiązanie- nowy samochód.
A do tego  samochód rodzinny.
Potrzebne są zakupy, bo podróż z dziećmi wymaga nie tylko dużej cierpliwości, wyobraźni i umiejętności logistycznych, ale również dużo przestrzeni.
Więc kiedy już uda się upchać wszystko do nowiutkiego, rodzinnego samochodu, można ruszać i tylko trzymać kciuku, żeby młodzi nie zaczęli marudzić, a jak już zaczną to , żeby na krótko. Przydatna jest tez w naszym przypadku przynajmniej strategia "3". Otóż:
1. w momencie ataku znudzonego pasażera strasz się wytłumaczyć cel podróży, pokazać jak będzie fajnie i ile tam atrakcji. Tutaj trzeba uważać, żeby nie przegiąć, bo potem na miejscu może być powtórka z rozrywki marudzenia, jak sobie taki pasażer przypomni coś obiecanego,a  nie spełnionego.
2. zaczynamy wymyślanie różnych zabwa. Od bajek na płytach, śpiewania, zagadywania, opowiadania bajek ( tu zawsze się dzielimy jedna bajka mama, druga bajka tata, a pasażer wymyśla o czym chce, czasami jest zabawni i to "nawet fest". A i nie wolno oszukiwać jak nasz tata, który opowiada mega krótkie bajki mówi, że to juz finał i teraz kolej mamy!!!.
3. jeżeli nie działa ani punkt 1 ani punkt 2, co się zdarza, to przechodzimy do punktu 3, czyli olewamy sprawę. milczymy, zaciskamy zęby, udajemy, że nie słyszymy i zazwyczaj pasażerowi na jakiś czas mija. Jest to punkt dość trudny, bo koncentracja przy ryczącym pasażerze jest nieco osłabiona, ale to kwestia wprawy, po prsotu techniki jogi, wyciszenia, wyłączenia i jedziemy dalej.
A że czasem trochę bez trzymanki, to już inna historia.

czwartek, 9 lutego 2012

orzeczenie

Zuza do mnie:  od dziś wszystko robię sama!!(przy ubieraniu tradycyjnie laksów, prawy na lewy, lewy na prawy).
No to będzie uroczo, teraz wszystko zajmowało nam o 15 minut dłużej niż przeciętnemu człowiekowi, teraz zapewne czas się wydłuży do pół godziny dłużej niż normalnie. Wspaniale, kiedy nasze dzieci są takie samodzielne!!!

sobota, 4 lutego 2012

wkręt

nie wiem kiedy, nie wiem skąd w młodej zrodziła się taka fascynacja wróżkami, księżniczkami i różnymi innymi duperelami. To wszystko spotęgowane jest nieustanną chęcią do przebierania, wymyślania i stwarzania fochów, że nie jest wróżką, księżniczką lub jakąś inną nie wiadomo kim. A zapomniałam jeszcze o zamiłowaniu do skrzydeł, chociaż mieści się to w kategorii przebierania i innych wróżkowych fanaberii. Więc nawet w mroźnej Bukowinie T, częściowo za sprawą babci, która młodą podkręca i wymyśla razem z nią, musiałyśmy zapylać po cokolwiek z czego da się wyczarować księżniczkowo- wróżkową  kreację. Oto i jest kolejna  w krótkim okresie czasu, tym razem hand made by babcia "wróżka górska". Przy okazji "górskie dzieci" też się załapały i był bal ( pół godziny spokoju), a potem darcie bibuły i darcie się dzieci górskich i młodej, kto targa czyją bibułę), czyli standard.




piątek, 3 lutego 2012

śniega u nas dużo

mrozu też, aż mi żal ściska pewną część ciała, że jedyna rozrywka to spacer w roli konia z saniami. No cóż trzeba odrobić swoją pańszczyznę...




prezent

był wrzesień 2008 roku. To było pierwsze badanie USG w 11 tygodniu. Rutynowe. Okazało się, że przezierność karkowa jest przekroczona znaczni...