niedziela, 25 września 2016

protestować, protestować jest...warto

żyjemy w barwnych czasach. W czasach, gdzie jakoś tak się złożyło, zaczęliśmy wychodzić na ulicę, bo jakoś tak nie identyfikujemy się do końca  z tym co się dzieje wokół. A najbardziej nie podoba mi się to, że "nowe porządki" ograniczają wybór. Bo według mnie ważne jest, aby ludziom dawać wybór, a ten wybór jest ich i to oni będą za niego odpowiadać.
Dziś byliśmy na kolejnej manifestacji, szczególnie mi bliskiej, bo te ustawę, która ma być całkowicie zmieniona, cofnięta o lata świetlne, przechodziłam "na własnej skórze", dlatego czuję się szczególnie zobligowana, aby tak stanowczo się jej przeciwstawić. Decyzja, którą trzeba podjąć w takich trudnych sytuacjach jest jedną z najtrudniejszych w życiu. Nie przychodzi łatwo, tak o przy kawie, ale to ceniłam sobie najbardziej -brak przymusu, pewnie, że momentami pod natłokiem wielu myśli, nieumiejętności zdecydowania, chciałam, żeby ktoś wskazała mi jedną dobrą odpowiedź, jedno dobre rozwiązanie. Ale tego zrobić nikt nie może, oprócz mnie samej. I teraz doceniam, że nikt nie nalegał i nikt niczego nie wymuszał. Miałam do rozważenia fakty, a to co mi pozostało to dokonanie najtrudniejszego w życiu wyboru. Wyboru, Nie chcę pisać bardzo osobistych historii, bo ich dużo w  necie, czułam tylko, że muszę ten ważny moment utrwalić, żeby moje córki i syn wiedzieli, że warto bronić wolności człowieka i ją szanować.#czarnyprotest




poniedziałek, 5 września 2016

gdy w krupniku nie ma wody

i masz tylko 5 minut (tak jak teraz) na zrobienie wpisu, bo czujesz taki wewnętrzny imperatyw, żeby przelać gdzieś swoje złote, radosne, nieuczesane myśli, to znaczy, że nadszedł wrzesień. A dla Ciebie, wykonującej tej "wymarzony" przez wszystkich zawód dla leniwców i nierobów (;-)))w ogólnej opinii państwowej), rozpoczął się okres pracy, ogarniania, układania planów i cudownego momentu przekazywania swoich prywatnych dzieci w ręce innych uciemiężonych "leniwców" tym, że musiały wrócić do tego i owego. I owszem jest dynamicznie, i tak mąż narzeka, że obiad był tylko raz w tygodniu, więc o 22 zaczęłam gotować krupnik i co? i jak zwykle zagapiłam się wsypałam za dużo kaszy i wyszła  raczej kasza z warzywami. Ale to nic, bo masz teraz 5 minut przed wyjściem i możesz to napisać, że nawet jak z krupnika wyjdzie kasza to i tak świat we wrześniu nabiera innych barw. Też tak macie?

wtorek, 23 sierpnia 2016

hello

from the other side, czyli wakacje o jakich marzą wszystkie matki po przepracowaniu na dwóch etatach, nie licząc prowadzenia domu, które dla większości mężczyzn jest wyolbrzymieniem nic nie robienia, całego roku. Miejsce akcji- urocza, deszczowa, z przemiłym letnim chłodem Szkocja. Precyzyjnie 5 mętrowa przyczepa kempingowa z wypasioną kuchnią, żeby móc przyrządzać wypasione potrawy. Osoby dramatu: trójka uroczych dzieci, rozsadzanych energią od środka, codziennie od godziny 9 rano ( wiem, mamy wyjątkowe szczęście) do godziny 22.30. Do tego dwa urokliwe pieski, z czego jeden młody szczeniak dorównujący energią wulkanowi trójki dzieci. No i creme della creme , czyli pełne cierpliwości, emanujące kreatywnością, energetyczne aż po czubki głów- matki, z czego jedna prawie na półmetku "znoszenia" trzeciego kurczaka. Już chcecie tam być?? Wiedziałam. Dla podniesienia dramaturgii dodam, że padało non stop tylko 3 dni. Już przyjmuję zapisy na następny rok...
.      

sobota, 6 sierpnia 2016

strach przed lataniem

niby się nie boję, ale teraz się bałam. Że bramki, że odprawa, że paszporty, że jedno w prawo, drugie w lewo, a ja po środku. Ale jakoś przeszło. Nie obeszło się bez drobnych incydentów. Szczególnie przypadł nam do gustu pan, który stwierdził, że nasza walizka jest za duża na bagaż podręczny, choć zawsze nim była. Tak więc dzięki nadgorliwości i upierdliwości tudzież wredocie uroczego gentelmena straciliśmy 200zl. Dziękujemy , kupimy sobie mniej cheescakow. Wracając jednak do strachu, to ma wielkie oczy i jakoś przelecieliśmy i dolecieliśmy. Sruuuu

wtorek, 2 sierpnia 2016

Buon Giorno

tegoroczne wakacje, a właściwie pierwsza ich część, były jak, wejście "jedną nogą" do wakacji typu all inclusive, na których nota bene nigdy nie byliśmy, ale według moich wyobrażeń o tego typu wypoczynku tak właśnie się czułam. No prawie tak. Po pierwsze miejscowość, którą wybraliśmy ze względów sentymentalnych ojca dzieci, trudno nazwać urokliwą w sensie włoskim. I wszyscy Wy, którzy mówiliście mi  "o jedziesz na pamiętniki z wakacji", mieliście rację. Przez cały czas w pocie czoła szukałam jakiś oznak mieszkańców-tubylców tego miejsca i ich nie znalazłam. Cała ta miejscowość została stworzona dla turystów i przez turystów. Same hotele, domki do wynajęcia, pola namiotowe. Deptak długości 10 kilometrów z tandetą za kosmiczne euro. Błyskające lampki i życie zaczynające się o 21.
Po drugie, mieliśmy mieszkanie, swoją droga bardzo przyzwoite, w kompleksie domów wypoczynkowych, których było chyba z 15.Wszystkie wyglądały tak samo, więc trudno mówić o jakiejś intymności czy uroku. Wokół nas włoscy, niemieccy i skandynawscy turyści. I cały czas krążąca po głowie piosenka "Mięsny Jeż",bo taki to był mniej więcej poziom.
Ale na szczęście nie były to wakacje typu all inclusive i miałam miotłę, która pozwalała mi się relaksować, zamiatając 5 razy na dzień w ramach ćwiczeń, żeby robić coś innego niż tylko leżeć w basenie. Ponadto nie było stołówki i posiłków, na których pewnie musiałabym oglądać "Mięsne Jeże" jedzące w strojach kąpielowych i sama kulałam nudle na obiady, nawet ojciec dzieci ugotował dwa razy, żeby odreagować ciągłe leżenie( wyobrażacie to sobie!) i boskie "studenckie"kanapki na śniadania ze specjalną dedykacją dla ojca dzieci;-)). No i najważniejsze jechaliśmy własnym samochodem, a nie lecieliśmy czarterowym samolotem, więc jak już nas całkiem zmierziło to "pamiętnikowe" odpoczywanie to wsiadaliśmy i ot tak jechaliśmy 200 km na kawę do Werony (ojciec dzieci ewidentnie miał dość "odpoczywania", ja miałam miotłę, on kluczyki). I właśnie tam w nieodległej Wenecji, Weronie czy Padwie czuliśmy się po swojemu, latając, oglądając, ciorając naszymi dziećmi przez 8 godzin na Biennale w Wenecji. To jest nasz typ. Jedno jest pewne jeszcze nie dorośliśmy do wakacji all inclusive, na pewno.
A tak na serio to miejscowość Bibione, bo to ona była naszym celem wypoczynku, jest godna polecenia zwłaszcza dla rodzin z dziećmi, bo rzeczywiście dla nich jest tam masa atrakcji, trzeba tylko dysponować dużą ilością gotówki, ewentualnie pełną kartą. Dobrze jest mieć własne auto, bo zawsze można dla "relaksu" odjechać gdzieś, gdzie mieszkają Włosi i gdzie oprócz kompleksów hotelowych są też kamienice, tudzież jakieś zabytki i oprócz pistoletów na wodę i naszyjników z plastikowymi muszlami można kupić coś trwalszego. Nasze włoskie wakacje pomimo "pamiętnikowej" atmosfery były udane, bo każdy miał coś dla siebie ja miotłę, ojciec auto, a dzieci A. i Z. baseny pod oknem, na których spędzały każdy dzień od rana do nocy, rozpaczając, że jest coś takiego jak sjesta i basen przez dwie godziny jest zamknięty. I postanowiliśmy, że chyba do "Mięsnych Jeży" wrócimy za około 4 lata, żeby kolejne ( i to jest news między wierszami dla spostrzegawczych) dziecko miało równe szanse i też mogło pozjeżdżać z tych wspaniałych ślizgawek w "aquafreshu"( jak mawiał Antek). Tak więc gorące: Ciao!!!( I miałam okazję odświeżyć swój włoski i muszę przyznać, że czas wrócić do nauki, żeby następnym razem budować zdania,  a nie rozpoznawać pojedyncze słowa).

piątek, 15 lipca 2016

s-pakowana

zakończyłam to, czego w wyjazdach nie lubię. Bo same wyjazdy uwielbiam. Niechęcią napawa mnie jednak pakowanie. Choć i tak uważam się za jego mistrzynię. Pod ostrym rygorem zabieram rzeczy najpilniejsze, nigdy nie brałam wanienki,grzejnika, nocnika ( no dobra raz pod namiot). Ogólnie udaje mi się spakować czterosobową   rodzinę w trzech walizkach i dwóch siatkach. Porównując ze zdolnościami mojej rodzonej mamy ( nadmienię, że swego czasu rodzice zakupili nawet przyczepkę do auta, bo mama nigdy nie miała miejsca) oraz słuchając wielu opowieści o rzeczach, które rodziny z dziećmi zabierają, muszę przyznać, że ojciec mych dzieci wprowadził reżim. Podporządkowałem się mu kilka lat temu i teraz już mam wprawę w minimalistycznym pakowaniu, którego i tak nie lubię. Zajęło mi tym razem kilka godzin, rozłożyłam sobie na dwa dni, żeby dozować sobie przyjemności. Na tej całej zohydzonej czynności skorzystały dzieci A i Z, gdyż podczas mojej wnikliwej analizy ile koszulek zabrać i czy cztery pary spodenek wystarczą, one dorwały się do komórki i podbijali kolejne rekordy w grze. Tak więc nie ma tego złego , ktoś musi cierpieć, żeby ktoś inny mógł się bawić. 

piątek, 1 lipca 2016

taki mały raj

niby nic wielkiego, niby nic długiego, a jednak warte upamietnienia. Po pierwsze, że zdarza się to raczej rzadko, aby dziecko A. I Z. wykazywały chęć do zabawy synchronicznej -tzn. razem w tym samym czasie. Po drugie jak już następują takie rajskie przebłyski to zazwyczaj trwają około 10 minut, a tu mija już 30 min i nadal się bawią. A po trzecie ten repertuar zabawowy jest zazwyczaj dość niechętnie przyjmowany przez syna, a tu proszę od pół godziny odgrywa rolę ułożonego, grzecznego ucznia przedszkola kierowanego przez najbardziej surową i wymagającą dyrektorkę - frau ZU. To są rajskie momenty mojego macierzyństwa . 

czwartek, 30 czerwca 2016

dzwonek

ostatni,  w tym roku, zadzwonił tydzień temu. Nasze opóźnienie z relacją jest dość uzasadnione, ale czas nadrobić kronikarskie zaległości, a tym samym wrócić do czasu "żywych". Pierwszy rok szkoły Zu, zresztą zgodnie z moimi przewidywaniami, przebiegł bez zbędnych komplikacji czy niespodzianek.Zuza w swojej szkole dała się poznać z "jak najlepszej strony", z takiej jaką znamy ją w domu. Nic się nie zmieniło. Czyli generalnie najważniejsze, aby była dobra zabawa, zadaje się z tym z kim chce,innymi mało co się przejmuje, inwestuje w swoje "liczne talenty", więc gdy ma ochotę śpiewa, gdy najdzie ją natchnienie tańczy i mało ją obchodzi, że akurat jest lekcja, czy na korytarzu są setki dzieci. Intelektualnie bez problemów  i widać , że idzie w stronę "matczyną" i tworzy duże ilości książek, opowiadań z niemiłosiernymi błędami ortograficznymi, ale będziemy nad tym pracować. "Jest dziewczynką ambitną" i trudno się z  tym nie zgodzić, skoro sama postanowiła "grać na wielu bębenkach". Optymizmem napawa nas też to, że "ma jeszcze problemy z przestrzeganiem zasad, ale radzi sobie coraz lepiej". Może więc w kolejnym roku zgubimy mniej swetrów, piór, książek i będziemy w końcu wiedzieć co było do zrobienia w domu. Bo matka ciężko znosi uwagi za brak zadania, o którym nie wiedziała;-) A no i córka swoją sławą zdobyła nawet dyplom dla rodziców, za co serdecznie jej dziękujemy. Mogliśmy wyjść na środek, uścisnąć dłoń i poczuć ten delikatny wstyd " o nie, to my na środku, i wszyscy na nas patrzą".
O ostatnim dniu syna będzie mniej. Bo u niego to tylko awans z krasnoludka na tygrysa. A i on nas nie rozczarował. Podobnie jak w domu- marudzi, zawsze znajdzie jakiś problem, ale w przeciwieństwie  do córki jest bardzo zdyscyplinowany i wykonuje każde polecenie- w przedszkolu dodam.
Celebrując wspólnie spędzany czas, o czym będzie w kolejnych dniach, z utęsknieniem , jako matka, czekam na pierwszy dzwonek;-)

środa, 15 czerwca 2016

mother-in-law

podobno syn szuka żony na wzór swojej matki. Jakoś tam podobnej. Moja teściowa była trochę do mnie podobna- płaczliwa, trochę nieporadna, chyba chcąca wszystkim dogodzić, co jak wiadomo często jest niemożliwe. Ale była też różna. Mi brakuje jej luzu, braku przymusu gotowania, sprzątania- bo tak wypada. Dla niej ważniejsze były chyba momenty niż planowanie. Tego jej zazdrościłam, może kiedyś się tego nauczę. Szkoda, że już nie od niej... Takie czasy, ż następują same pożegnania. Bawcie się dobrze- Wy wiecie o kim mowię- pozdrówcie się nawzajem i zaglądajcie na nas czasem...
 

poniedziałek, 30 maja 2016

od przybytku głowa boli

i bynajmniej nie chodzi o liczbę cyfr na koncie. Nie tym razem, niestety. Jeżeli nie wiadomo, o co chodzi to wiadomo, że idzie o moje dziecko Z. Otóż obrodziła w talenty. Bo to że recytuje wiadomo, że jest płodną malarką, precyzyjnie szkicowniczką, też jest jasne, że jest gibka i giętka, a jej ruchy zapierają dech w piersiach jest oczywistością. Do te plejady doszedł talent muzyczny. Przerabiamy go od kilku lat, ale nasilenie przyszło teraz. Pod wpływem wizyt w szkole muzycznej, córka zapragnęła tam chodzić. Chłonąć muzyczną wiedzę i uczyć się grać na instrumencie, który dla zbudowania grozy i napięcia pozostanie póki co zagadką. Temat ten po raz pierwszy pojawił się rok temu, byliśmy na wstępnych przesłuchania, Zu je zdała, ale potem temat zdechł. Wspólnie  z ojcem stwierdziliśmy, że nie mamy czasu, ani zbytniej ochoty na ćwiczenie gry na instrumencie i olewamy sprawę.Zresztą Zu sama nie była przekonana na jakim instrumencie tak do końca chciała grac, bo niby miałoby to być ukulele (!), ale jak się okazało, że nie ma w szkole takiej klasy, to sama się wahała, że może pianino, a może jednak gitara. Ponieważ w naturze nic się nie gubi to i temat muzyki powrócił. Zu od kilku miesięcy wyraża chęć uczestnictwa w jakimś programie typu talent show z przygotowaną przez siebie piosenką. I tu piosenki się dość szybko zmieniają. A my udajemy, że nie słyszymy drobnych nut fałszu.W ostatnich dniach w kwestię nowego talentu została wplątana wychowawczyni Zu. Otóż wzięła mnie na słowo i poprosiła, abym przemyślała zapisanie Zu do szkoły muzycznej, gdyż po kolejnych warsztatach ona naprawdę się tam nadaje i sama publicznie wyraziła chęć nauki gry na instrumencie. A że jestem mało asertywna- uległam. Pojechałyśmy zapisać się na egzamin wstępny. Egzamin się odbył. Żyliśmy z ojcem dzieci nadzieją, że się nie powiedzie, że coś pójdzie nie tak i wybawi nas to od tego obowiązku. Ale że talent jest talentem, to egzamin został zdany. I raczej córka będzie miała okazję rozwijania swojego talentu i gry na wymarzonym instrumencie. I tu uwaga, fanfary, modły za rodziców, bo wymarzony instrument to: perkusja! konkretnie marimba, jako jeden z instrumentów perkusyjnych. Będzie gorąco. zobaczymy jak długo starczy jej zapału i nam sił.Fajnie by było, aby jak najdłużej, bo każdy talent jest czymś wyjątkowym. A takie "bębenki" to już w ogóle coś. I wiecie co- pani mi powiedziała, że perkusiści ćwiczą w szkole- i to mnie przekonało do zainwestowania w ten kolejny talent. A że Zu jest twórczo płodna, to nie chwalę dnia przed zachodem słońca i coś czuję, że ta lista talentów może się wydłużać;-)

prezent

był wrzesień 2008 roku. To było pierwsze badanie USG w 11 tygodniu. Rutynowe. Okazało się, że przezierność karkowa jest przekroczona znaczni...