jako matka pacjenta i pacjentki jestem raczej spokojna i cierpliwa. Cechuje się też dużą ufnością i wyrozumiałością. Tłumacząc sobie braki tu i tam czynnikiem ludzkim, złą pogodą i innymi tego typu powodami. Ale wraz ze wzrastającą ilością wizyt u lekarzy specjalistów moje przekonanie o tym, że jest się kolejnym numerkiem, nazwiskiem, kartoteką czy kartą chipową -narasta. I powoli zaczyna mi to przeszkadzać. Być może dlatego, że sama wobec siebie stawiam wysokie wymagania, w pracy i w życiu, i od innych oczekuję tego samego. Może to błąd, ale trudno mi czasami zaakceptować brak wysokich standardów wobec siebie, których niektórzy sobie nie stawiają i stąd chyba narastająca irytacja we mnie. Tak jak wspomniałam narazie proces jest powolny, ale sam fakt, że zaczęło mi to przeszkadzać jest niepokojący.
Do myśli szpitalno-filozoficznych skłoniła mnie dzisiejsza wizyta u laryngologa. Wizyta kolejna, już nawet nie pamiętam która. Wizyta miała być kolejną ostatnią przed zabiegiem planowanym na grudzień, a przeniesionym na marzec. Zabiegiem u dziecka Z. dla jasności. Wchodzę do poczekalni, a tam pusto, głucho, ani jednego człowieka, co wzbudziło mój niepokój. Pojawia się kartka: Pani doktor przebywa na urlopie. Dobrze urlop każdemu się należy, ale dlaczego nie zadzwonili. Przecież wszędzie, zawsze przy każdym okienku, w każdej rejestracji pytają o numer telefonu i człowiek krzyczy ten numer, że wszyscy wokół słyszą i znają już jeden z twoich sekretnych numerów do zapamiętania. No nic nie zadzwonili, trudno. Pytam: i co teraz, bo córka ma mieć zabieg, miałyśmy przyjść na wizytę do pani doktor, która leczy nas od 1, 5 roku!! Jest zastępstwo. No dobra niech będzie. Co prawda wolałabym być prowadzona przez jednego lekarza od początku do końca, aby była jakaś chronologia, konsekwencja i ścieżka leczenia, bo jak się zaraz okaże, każdy ma swoje sposoby. Ale trudno, nie po to zrywałam siebie i kurczaki o 7.30, żeby teraz odejść z niczym. Idziemy z zastępstwem . Pani nas przyjmuje, robi badanie, płucze uszy i mówi proszę zaczekać 15 minut i badanie powtórzymy. Aha- zdziwiłam się. Bo ta "inna" pani dokotor, nas lecząca, za każdym razem kiedy przychodziłyśmy i czyściła uszy mówiła, że niestety teraz badania nie zrobi, bo nie można bo to prąd, a to woda i że musimy przyjść za tydzień. Więc brałam te l4 dwa tygodnie pod rząd, bo niby się nie da. A tu proszę, można po piętnastu minutach. I kto ma rację? Początkowo się wystraszyłam , bo tamta przez tyle czasu wyryła mi w głowie, że prąd i woda. I już widziałam Zuzę płonącą albo co najmniej strzelającą piorunami. No ale przecież zastępstwo też lekarz, więc czekamy i robimy badanie jeszcze raz. Przypomnę w poczekalni nie było nikogo oprócz mnie i dziecka Z. i dziecka A. Po 13 minutach idzie lekarz zastępstwo i pyta: A Pani czeka do laryngologa?? Rozglądam się, może jest tam jeszcze ktoś, kogo ja nie widzę. Upewniam się, nie nie ma. Odpowiadam: Tak ja do Pani, byłam u Pani w gabinecie 10 minut temu!!czyściła pani ucho, robiła badanie!!!Zastępstwo: o widzi Pani ja całkiem zapomniałam. I w tym momencie pomyślałam, że jednak coś tu nie działa, że to ignorancja, że to brak profesjonalizmu. Bo ja rozumiem, gdyby tam były tłumy, ja rozumiem gdyby badanie było 5 godzin wcześniej, ale upłynęło 10 minut i nie było tam żywego ducha, wiec to chyba jest przegięcie. I nawet ja spokojna matka pacjentki muszę sobie trochę żółci popuścić. Nie wspomnę już o tym, że terminy są z co najmniej miesięcznym okresem oczekiwania, a tam nie ma ani jednego pacjenta. Więc coś tu chyba jednak nie gra!
Dobra ulżyłam sobie. Badanie wyszło tak jak poprzednio, czyli zabieg jednak potrzebny, a moje przygody jako matki pajentki tylko nabierają rozpędu.
środa, 17 lutego 2016
poniedziałek, 15 lutego 2016
***
moje wyrzuty sumienia kiedyś wprowadzą mnie do zakładu dla nerwowo chorych. Wszystkie wolne dni związane z wykonywanym zawodem spędzam z dziećmi. Nie zapisuje ich na dyżury, bo moje wyrzuty sumienia właśnie zaczynają krzyczeć - bądź matką Polką, ciesz się kurnikiem, pielęgnuj stado. A że opieka nad dziećmi to cud miód i nic nie robienie, to stado zazwyczaj się powiększa, bo wszyscy wokół wyrzucają, że masz tyle wolnego, że wypas, że marnotrawstwo czasu, więc jeden pisklak w tą jeden w tamtą nie robi różnicy. I tak wolne dla mnie zaczyna się o 7!! Tak o 7 rano, bo jak jest wolne to zegar biologiczny kurczaków się przełącza na tryb: wstań wcześnie, walcz głośniej i mocniej niż zwykle. Czyli 7! Zaczynamy i jest ryk non stop, albo się drą z powodu kanapki nie z tym, a tamtym, że klocek zabrał on, a przecież był jej, że nadepnął na nogę, gdzie jest piłka, nie ubiorę kapci. Albo drą się bez powodu, dla samego uwielbienia swojego głosu. W międzyczasie jeszcze są śpiewy, tańce, gry sportowe. Jest 20 i oni się pytają, kiedy będzie pidżama party. Ja się pytam jakie party? A oni tłumaczą: no takie, że będziemy mogli krzyczeć i skakać. To wy jeszcze dziś nie krzyczeliście i nie skakaliście? Oni: no nie w pidżamach!! No fakt, byli w jeansach;-)pozdrawiam wszystkie matki rodzeństw spełniających urocze wolne chwile w zaciszu domowego ogniska. Pamiętajcie one - dzieci- już niedługo dorosną i wtedy wy zorganizujecie sobie pidżama party- w samotności.
piątek, 12 lutego 2016
bohater
na szybko i bez słowa. Maruder i tyle, nadal z filozoficznym zacięciem. Wstydliwy Ronaldo, sepleniące dziecko A.
czwartek, 11 lutego 2016
szafiarka
Moja córka w szafach grzebie od kiedy tylko pamiętam. Zawsze z nich wszystko wyrzucała, nakładała na siebie wszystko, co się dało. Problemy były z chęcią chodzenia w piżamie, jechania zimą do domu w krótkich gaciach, awanturami o chodzenie cały czas w stroju Śnieżki i tak dalej i tak dalej. Niestety szafiarka ma to w genach. Przebieranie nie ustało, a wręcz przeciwnie narosło. Bo po pierwsze Zuza sięga do coraz wyższych półek, a po drugie spryt pozwala jej na wykorzystywanie mebli do wyższego wspinania się. I tak przebiera się cały czas: kompozycje są rożne- raz hip-hop, raz poważnie marynarka, raz spódnica, raz getry, raz księżniczka. Intensywnie. Ilośc przebrań jeszcze by uszła, ale problem pojawia się z wyborem i to zwłaszcza rano. Codziennie rano rozgrywa się dramat pod tytułem- mam dziecinne ubrania, nic mi się nie podoba, to jest koszmar. I nie - nie ja jestem ich autorką( przynajmniej nie codziennie;-))za to moja córka nas nie oszczędza. Problem szafiarki pojawia się codziennie bo wyjątku. Bluzka nie ta, spodnie niemodne, ohydna kurtka zimowa, a czemu nie skóra? Ja chce futerko, ubierz mi sukienkę z cekinami i tak przez gidzinę na podniesienie ciśnienia. Dziewczyny to są jednak z innej planety, a ich szafy w ogóle z obcej galaktyki;-)
poniedziałek, 8 lutego 2016
córki
Ich widok napawa mnie egzystencjalną myślą: boszzz, starość stoi u moich stóp! Wiem, być może to przedwczesne wpadanie w panikę, ale nie mogę opędzić się od tej myśli, że czas wciąż biegnie do przodu, ale co ciekawe zataczając koło. Dziewczyny są córkami swoich ojców, a ich ojcowie byli przyjaciółmi. Teraz córki kontynuują tę tradycję. Dzieli je 4 lata różnicy. ZU jest zapatrzona w starszą koleżankę , starsza czasami ją olewa, jak to starszyzna ma w zwyczaju. Z i J na koncercie Meli
piątek, 29 stycznia 2016
wywiad
Skończył się semestr, więc jako matka dziecka szkolnego brałam udział w wywiadówce. Nie będę się rozpisywać, bo moje dziecko z. znacie i wiecie na co ją stać. Niech podsumowaniem będzie taka sytuacja. Pani na wywiadówce mówi: dziś pisaliśmy test z zadań z treścią i były same szóstki oprócz kilku innych ocen. Wracam do domu i pytam dziecka z.: był test z matematyki? Jak ci poszło , bo pani mówiła, że były same 6, oprócz kilku innych? A ty co dostałaś? Zuza: cztery. Ja: ( zawiedziona, liczyłam na to 6): cztery?!?myslalam, że 6. Zuza: bo mowilas, że były same szóstki oprócz kilku, no to właśnie same oprócz mnie! Cóż tu duzo mowić oddaje to jej całe podejście do tematu nauki.
czwartek, 21 stycznia 2016
3 momenty
niezależne, a jednocześnie powiązane ze sobą. Wiąże je 21
stycznia.
1. To oczywiste: Dzień Babci. Moje babcie są- były różne. Jedna była słodka, druga jest wytrawna. I to prawie, że dosłownie, ale również kulinarnie. Jedna była mistrzynią ciast. Jej torty to spełnienie moich fantazji o cukrze i słodyczy. To po niej nie zasnę bez zjedzonej tabliczki czekolady. Druga jest mistrzynią pierogów i zup.I pomimo tego, że przepisy brałam tysiące razy, że wszystko robię tak samo, to nigdy tak nie wychodzi. To jest chyba jakaś magia, której tam dodaje. Ja jej po prostu nie mam, póki co. Obie łączy to, że są jedyne i niepowtarzalne, uzupełniające się i dopełniające bycie człowiekiem. Ważny moment.
2. Urodziny taty. Mojego taty. Człowieka niełatwego, ale mądrego, spokojnego, wyważonego. Takiego, z którym można było porozmawiać, bo słuchał. Pewnie, że marudził, pewnie, że był asekurancki, ale słuchał. Poza tym był interesujący i dzięki niemu, jest co opowiadać, ma się te setki historii, tę oryginalności i znajomość wielu zespołów. A no i chyba dopełnieniem było poczucie humoru- to sprawiało, że szło się do przodu.
3. 16 lat temu podjęłam, chyba nie do końca świadomie, decyzję o związku. Z kimś z zupełnie innej bajki od mojej. Ale tak się złożyło, że chyba nasze bajki jakoś się zapętliły i od 16 lat piszemy swoją własną historię. Historię, która się uzupełnia moim zorganizowaniem i nerwowościom oraz poczuciem luzu i nastawieniem budzika na "za pięć" ojca dzieci. On przeczytał parę książek, a ja spróbowałam jazdy na rolkach i posłuchałam paru "hip-hopowych"piosenek. Pleciemy tę historie z grubszych i cięższych nitek, ale jedno jest pewne jest to historia mocna i pewna.
Tak myślałam, co może połączyć te trzy historie- zdjęcie, film, piosenka? I w końcu wpadłam na to: bo dla babć to piękna ballada o życiu, dla taty to była jedna z kultowych piosenek, a dla mnie i dla ojca dzieci pierwsza love song odtwarzana na winylowej płycie taty właśnie:)
1. To oczywiste: Dzień Babci. Moje babcie są- były różne. Jedna była słodka, druga jest wytrawna. I to prawie, że dosłownie, ale również kulinarnie. Jedna była mistrzynią ciast. Jej torty to spełnienie moich fantazji o cukrze i słodyczy. To po niej nie zasnę bez zjedzonej tabliczki czekolady. Druga jest mistrzynią pierogów i zup.I pomimo tego, że przepisy brałam tysiące razy, że wszystko robię tak samo, to nigdy tak nie wychodzi. To jest chyba jakaś magia, której tam dodaje. Ja jej po prostu nie mam, póki co. Obie łączy to, że są jedyne i niepowtarzalne, uzupełniające się i dopełniające bycie człowiekiem. Ważny moment.
2. Urodziny taty. Mojego taty. Człowieka niełatwego, ale mądrego, spokojnego, wyważonego. Takiego, z którym można było porozmawiać, bo słuchał. Pewnie, że marudził, pewnie, że był asekurancki, ale słuchał. Poza tym był interesujący i dzięki niemu, jest co opowiadać, ma się te setki historii, tę oryginalności i znajomość wielu zespołów. A no i chyba dopełnieniem było poczucie humoru- to sprawiało, że szło się do przodu.
3. 16 lat temu podjęłam, chyba nie do końca świadomie, decyzję o związku. Z kimś z zupełnie innej bajki od mojej. Ale tak się złożyło, że chyba nasze bajki jakoś się zapętliły i od 16 lat piszemy swoją własną historię. Historię, która się uzupełnia moim zorganizowaniem i nerwowościom oraz poczuciem luzu i nastawieniem budzika na "za pięć" ojca dzieci. On przeczytał parę książek, a ja spróbowałam jazdy na rolkach i posłuchałam paru "hip-hopowych"piosenek. Pleciemy tę historie z grubszych i cięższych nitek, ale jedno jest pewne jest to historia mocna i pewna.
Tak myślałam, co może połączyć te trzy historie- zdjęcie, film, piosenka? I w końcu wpadłam na to: bo dla babć to piękna ballada o życiu, dla taty to była jedna z kultowych piosenek, a dla mnie i dla ojca dzieci pierwsza love song odtwarzana na winylowej płycie taty właśnie:)
piątek, 15 stycznia 2016
to ja, to ja i to też ja
to tu, to tam dochodzą do mnie głosy, że ogarnęła was tęsknota. Was tęsknota, a mnie marazm i brak chęci do czynności twórczych plus to dręczące uczucie tego, że wszyscy jesteśmy tacy podobni i że pewnie u wszystkich to samo, że niczym się nie wyróżniam, więc po co to wszystko. No i jeszcze, żeby znaleźć sobie konkretnego, namacalnego winowajcę to pozwolę sobie, i love you so much, zwalić to na ojca dzieci. Bo moja " częstotliwość spadła od kiedy rok temu ojciec dzieci sprawił mi urodzinowy prezent, czyli uzależniający telefon, który fajnie jak był tylko w sferze marzeń, bo od kiedy go mam to internet mnie osacza, a posty wrzucałam za jego pomocą, co było średniej jakości i rzadkiej częstotliwości. Nie chciało mi się odpalać kompa,który zresztą za sprawą "dzieł" ojca dzieci został zdemolowany i wygląda raczej jak wrak i tak też się zachowuje niż jak porządnej klasy laptop. Ale mniejsza o to. Fakty są takie, że są utyskiwania, co mnie trochę łechcze, które spowodowały, że podjęłam mocne postanowienie poprawy.
Nie będę wspominać świat, "sylwestrów" i innych około grudniowych wydarzeń, bo w tym roku z przyczyn osobisto-pogodowych były nijakie i raczej miernej jakości,głównie ze względu na samopoczucie. Powrót postanowiłam zaakcentować czymś mocnym, a jak wiadomo najmocniejsze, oprócz mnie samej;-) są moje dzieła w ilości sztuk dwóch. Zacznę od dzieła A., żeby zachować jakiś porządek, w tym przypadku opcja alfabetyczna.
Dziecko A. przygotowuje przedszkolny dzień babci w przeciwieństwie do swojej siostry nie jest zainteresowany graniem roli pierwszych skrzypiec. Nie pozwala mu na to chyba jego zamiłowanie do przestrzegania zasad pojmowanych według swojego uznania oraz nieustającego potwierdzania całej rzeczywistości i każdego swojego zdania słowem prawda. "Zjem teraz kolację , prawda? Potem umyję zęby, prawda? i włącys nam bajkę, prawda?" I tak cały czas i co najgorsze na jego "prawda?" nie można powiedzieć " yhmmm" tylko trzeba odpowiedzieć" tak, prawda". Otóż syn niechętnie uczy się wierszyków. Twierdzi, że nie będzie się ich uczył, bo ma kartkę, na której są napisane i "będzie je cytał", ewentualnie mówi, ale tylko gdy ktoś inny trzyma kartkę, bo inaczej nie ma to sensu tak twierdzi. A kiedy juz poiwe z łaski raz i poprosi się o jeszcze jedną próbę to wykrzykuje "Dlacego mnie dręcys i zmusas do tego. Nie zmusaj mnie!!!" Poddałam się, trudno niech sobie czyta z kartki, zadaniem przejęła się babcia, która w koło macieju czytała mu te wierszyki. Efekt był, bo na próbie dziecko A. dostało medal za głośne mówienie i zaangażowanie. Babcia odbierała dziecko z przedszkola. Dzwoni i relacjonuje mi całą sytuację: Antek mówi, żę dostał od pani order...
Na co wtrąca się Antek i krzyczy : To nie jest pani order tylko pani Marylka...( tak nazywa się jego wychowawczyni w przedszkolu).
Teraz złotousta. Był dzień wolny. Jak to w dzień wolny, dzieci zazwyczaj wstają ochoczo o tej porze, o której w dni robocze najchętniej przewróciłyby się na drugi bok. Ale dni wolne są dniami od pracy zawodowej, a nie od uroków "matkowania" . A uroki te, jak powszechnie wiadomo, są namiastką krainy wiecznej szczęśliwości tutaj na łez padole. Ojciec wziął kartkę i pisze "ZAKAZ WSTĘPU DLA DZIECI" zwleka się z łóżka przykleja na drzwiach sypialni i zamyka drzwi, wraca do łóżka. Zza drzwi dochodzi sylabowanie dziecka Z. "Z-A- ZA-K-A-KAZ...." doszła do końca drzwi się otwierają. Ojcie: no co robisz, chyba umiesz czytać? Zuza: Umiem. Ojciec: No to czemu wchodzisz? Zuza: Ignoruję to!!
Cud to jednak cud i nie ma, co się mu przeciwstawiać.
W sklepie szukamy prezentu. Wzbijając się na wyżyny kreatywności proponuję : Może kupmy zegar, który będzie odmierzał tylko cudowne chwile w życiu !?!? Zuza: Ale to jest ściema!!
Nawet dziecko umie mnie sprowadzić na ziemię;-)
To tyle na powrót, roznieście tę radosna nowinę, że wracam. Też się cieszę, że was widzę.
Nie będę wspominać świat, "sylwestrów" i innych około grudniowych wydarzeń, bo w tym roku z przyczyn osobisto-pogodowych były nijakie i raczej miernej jakości,głównie ze względu na samopoczucie. Powrót postanowiłam zaakcentować czymś mocnym, a jak wiadomo najmocniejsze, oprócz mnie samej;-) są moje dzieła w ilości sztuk dwóch. Zacznę od dzieła A., żeby zachować jakiś porządek, w tym przypadku opcja alfabetyczna.
Dziecko A. przygotowuje przedszkolny dzień babci w przeciwieństwie do swojej siostry nie jest zainteresowany graniem roli pierwszych skrzypiec. Nie pozwala mu na to chyba jego zamiłowanie do przestrzegania zasad pojmowanych według swojego uznania oraz nieustającego potwierdzania całej rzeczywistości i każdego swojego zdania słowem prawda. "Zjem teraz kolację , prawda? Potem umyję zęby, prawda? i włącys nam bajkę, prawda?" I tak cały czas i co najgorsze na jego "prawda?" nie można powiedzieć " yhmmm" tylko trzeba odpowiedzieć" tak, prawda". Otóż syn niechętnie uczy się wierszyków. Twierdzi, że nie będzie się ich uczył, bo ma kartkę, na której są napisane i "będzie je cytał", ewentualnie mówi, ale tylko gdy ktoś inny trzyma kartkę, bo inaczej nie ma to sensu tak twierdzi. A kiedy juz poiwe z łaski raz i poprosi się o jeszcze jedną próbę to wykrzykuje "Dlacego mnie dręcys i zmusas do tego. Nie zmusaj mnie!!!" Poddałam się, trudno niech sobie czyta z kartki, zadaniem przejęła się babcia, która w koło macieju czytała mu te wierszyki. Efekt był, bo na próbie dziecko A. dostało medal za głośne mówienie i zaangażowanie. Babcia odbierała dziecko z przedszkola. Dzwoni i relacjonuje mi całą sytuację: Antek mówi, żę dostał od pani order...
Na co wtrąca się Antek i krzyczy : To nie jest pani order tylko pani Marylka...( tak nazywa się jego wychowawczyni w przedszkolu).
Teraz złotousta. Był dzień wolny. Jak to w dzień wolny, dzieci zazwyczaj wstają ochoczo o tej porze, o której w dni robocze najchętniej przewróciłyby się na drugi bok. Ale dni wolne są dniami od pracy zawodowej, a nie od uroków "matkowania" . A uroki te, jak powszechnie wiadomo, są namiastką krainy wiecznej szczęśliwości tutaj na łez padole. Ojciec wziął kartkę i pisze "ZAKAZ WSTĘPU DLA DZIECI" zwleka się z łóżka przykleja na drzwiach sypialni i zamyka drzwi, wraca do łóżka. Zza drzwi dochodzi sylabowanie dziecka Z. "Z-A- ZA-K-A-KAZ...." doszła do końca drzwi się otwierają. Ojcie: no co robisz, chyba umiesz czytać? Zuza: Umiem. Ojciec: No to czemu wchodzisz? Zuza: Ignoruję to!!
Cud to jednak cud i nie ma, co się mu przeciwstawiać.
W sklepie szukamy prezentu. Wzbijając się na wyżyny kreatywności proponuję : Może kupmy zegar, który będzie odmierzał tylko cudowne chwile w życiu !?!? Zuza: Ale to jest ściema!!
Nawet dziecko umie mnie sprowadzić na ziemię;-)
To tyle na powrót, roznieście tę radosna nowinę, że wracam. Też się cieszę, że was widzę.
niedziela, 20 grudnia 2015
i kto to mówi?
ojciec dzieci: ty , a gadałaś z twoją siostrą o sylwestrze?bo coś mówi, że Zobaczymy się 24 i wtedy może będą u nas spać, że jakaś impreza czy coś?? Bo co jest tego dwudziestego czwartego? !? To tak a propos tego całego szału przygotowań,choinek, tłoku tu i tam. Są tacy , którzy jak widać nie wiedzą o co c'mmon;-)a ja mam taki zaszczyt życia z takim " okazem", powinnam dostać na niego 500 zł- na dziecko:***
wtorek, 8 grudnia 2015
hohoho
po raz kolejny. I znów demaskacja. Chyba powoli czas kończyć z tą zabawą;-) 

Tradycyjnie najwięcej ZU bo jak na dziewczynę przystało- nie bała się, recytowała, śpiewała i błyszczała. Kostki dołączył i odważył się na zaśpiewanie "poszła Karolinka" jako znanej mikołajkowej przyśpiewki. Małpka zaś jak zwykle konsekwentny w swym uporze w całej "szopce" uczestniczyć nie chciał, z prezentu też mógł zrezygnować, bo Mikołaja wcale nie chciał, "bo wyglądał trochę jak potwór i miał dziewczynowy głos". Starzy jak zwykle poczuli się jak dzieci, które mogą powiedzieć " mission completed, again"


Tradycyjnie najwięcej ZU bo jak na dziewczynę przystało- nie bała się, recytowała, śpiewała i błyszczała. Kostki dołączył i odważył się na zaśpiewanie "poszła Karolinka" jako znanej mikołajkowej przyśpiewki. Małpka zaś jak zwykle konsekwentny w swym uporze w całej "szopce" uczestniczyć nie chciał, z prezentu też mógł zrezygnować, bo Mikołaja wcale nie chciał, "bo wyglądał trochę jak potwór i miał dziewczynowy głos". Starzy jak zwykle poczuli się jak dzieci, które mogą powiedzieć " mission completed, again"czwartek, 3 grudnia 2015
matka mistrzów
bo jak nazwać fakt, że córka jest w pierwszej trójce . A cóż z tego, że to trojka słynąca ze zbierania minusikow za zachowanie. Szczegół. Najważniejsze, że jest czołówka. A syn? Indywidualista, konsekwentny, zdecydowany. Nie obchodzi go cały system, cóż że zabawa, cóż, że podwieczorek. Jest wierny swojemu postanowieniu. I śpi. Jak ja się cieszę, że jestem matkom mistrzów, którym zawdzięczam nieustanną radość życia .
Subskrybuj:
Posty (Atom)
prezent
był wrzesień 2008 roku. To było pierwsze badanie USG w 11 tygodniu. Rutynowe. Okazało się, że przezierność karkowa jest przekroczona znaczni...
-
Pamiętam dokładnie, gdy o 1.57 jedenaście lat temu zobaczyłam Cię po raz pierwszy. Tego akurat ja nie pamiętam, ale tata cały czas mówi, że ...




